Nienawidził babskich
ploteczek. Nic nie irytowało go bardziej, jak wieczorne schadzki żony u jednej
ze swych znajomych. Wiedział, że nie przychodzi po to, by poplotkować z
największą plotkarą okolicy – Karen.
W chwilach, kiedy zostawał w
domu sam zapuszczał się do starego garażu, w którym pobłyskiwała w ostrym
blasku jarzeniówki sztanga, z przewieszonymi ciężarkami. Nic bardziej nie
pobudzało tego mężczyzny, jak szybkie, głębokie oddechy, pot ściekający po
karku w chwili, kiedy unosił ponad sobą pięćdziesięciokilową sztangę. Wówczas
wyzwalała się w nim jakaś tajemnicza siła – był pewien swoich możliwości,
odnajdywał motywację, chęć do dalszego działania. Nudziło go życie w
prowincjonalnej mieścinie i to norweskie społeczeństwo. Był znużony ukrywaniem
się w obcym, dzikim kraju, o którym nie
miał bladego pojęcia. Przy życiu – jak to często wyrażał się przy kumplach
- utrzymywała go własna domowa siłownia.
Pośrodku starego garażu tkwiły przyrządy do ćwiczeń, które sam wykonywał.
Pośród tych wszystkich metalowych rur z pewnością znajdował się przyrząd,
którym ongiś tłukł głowę jakiegoś nieszczęśnika, który na niego trafił. Był
gnojem i był tego całkowicie świadom. Tkwił w tym poczuciu beznadziei, starając
się to zatuszować. Po pracy zaszywał się w ciemnym, obskurnym garażu, by móc
wykrzesać z siebie ostatki sił i po raz kolejny poczuć lodowate kropelki potu,
ściekające po całym ciele.
Tego wieczoru przyszedł do
siłowni z jeszcze większą siłą i energią. Żwawo skoczył do sztangi i na jednej
ręce uniósł trzydziestokilowy ciężarek, który raz po raz podnosił, zginając
rękę w łokciu. Nie myślał o niczym innym, jak o wysiłku. O każdym jednym
naprężonym mięśniu, który drżąc usiłował wytrzymać ciężar. Myślał o krwi, która
jeszcze żywiej krążyła w jego żyłach. O nogach, które drżąc zdawały się lada
chwila osunąć na ziemię.
Nie lubił porażek. Nawet tych
najmniejszych. Wstydził się swojej bezsilności będąc nawet tu, w tym garażu,
przebywając w samotności. Spuszczał bezradnie głowę za każdym razem, kiedy
sztanga wyślizgnęła się ze spoconych rąk i z głuchym brzęknięciem upadała na
ziemię. Porażki doprowadzały do szewskiej pasji. Wystarczył jeden nierozważny
ruch, a ciężarek upadał na ziemię przyprawiając Hansa o zwierzęcą wściekłość i
podły, czarny nastrój. Wracając do pokoju nie był w stanie panować nad swoimi
nerwami i pastwił się nad Leą, która wróciwszy od Karen, przygotowywała się do
snu.
- Wybiję ci z głowy te
wieśniackie ploty! – rzucił oskarżycielsko – Jesteś moją żoną i póki żyję, póki
cię utrzymuje, nie będziesz łaziła na bluje do tych swoich pieprzniętych
koleżanek!
Lea była kobietą wyrozumiałą
i choć miała swój charakterek, wolała przemilczeć cierpkie słowa męża niż
żałować przez kolejne dni swojego niewyparzonego języka. Bolało ją to, co
sądził o niej i o jej znajomych. Nie potrafił zrozumieć, że zwyczajnie nudzi
się na tej prowincji – nie może przecież cały czas sterczeć przy garach i
przeglądać magazyny, które i tak ledwo co rozumie. Prasy niemieckiej było tyle,
co kot napłakał, a i tak sprowadzano tylko tę najtańszą (która była prasą
„drugiego wyboru”).
Bywały gorsze dni, kiedy Lea buntowała się i
nie stawała za kuchenką. Przesypiała wówczas całe popołudnia siląc się na to,
by przypadkiem nie otworzyć oczu i nie zdradzić się przed mężem. Udawała
obłożnie chorą, zatopioną w najcięższej fazie depresji. Tymczasem miała się
dobrze, a z łóżka wstawała dopiero wtedy, kiedy mąż znajdował się w robocie.
Po miasteczku nadal krążyły
pomówienia, jakoby o tym, że Kriegemannowie są zbiegami niemieckimi,
zbrodniarzami, które ściga polski kontrwywiad i Interpol. Na samą myśl o tym
Lea drżała, zalewając się zimnymi potami. Nie potrafiła wybaczyć
mężowi-sadyście tego, do czego doprowadził ją i całą jej rodzinę. Postawił nad
nimi krzyżyk, skalał hańbą, która na długo miała ich potępiać.
* * *
Hans chodził do pracy z coraz
większym przymusem. Unikał przyjacielskich pogawędek zastawiając się kiepskim
samopoczuciem i chorobą. Nie mógł wiedzieć, że za plecami grupka przyjaciół
zgaduje się, tłumacząc coś konspiracyjnym szeptem. Wtedy nie domyślał się
najgorszego.
Pewnego dnia podszedł do
niego Johan, ten, który był obok niego najbliżej. Od początku wydawało mu się,
że złapie z nim najlepszy kontakt – był bawarem z pochodzenia, a więc krajanem
– mieszkał niedaleko rodzinnej Austrii, Linzu.
- Mogę na słówko? – spytał
Johan, pociągając lekko za łokieć Hansa.
- Naprawdę źle się czuję.. –
usiłował tłumaczyć się.
- Nie zajmie mi to długo,
chodź – wyjaśnił.
Udali się do pobliskiego
pomieszczenia, gdzie na stole spoczywały dwa kieliszki i polska Wyborowa.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć wszystko. Nie mógł wpaść lepiej!
Wreszcie go dopadli – jak mógł być tak naiwny i nie domyślić się, że polski
kontrwywiad stąpa mu po piętach! Był nikim innym, jak parszywym głupcem.
- Posłuchaj, Lukas – zaczął
Johan, składając dłonie – Nie będę owijał w bawełnę; wiem, co z ciebie za
aparacik. Powiedzmy, że jestem w kontakcie z ludźmi, którzy szczerze
zainteresowali się twoim losem.
- Kto to taki? – zapytał z
nutką nadziei, ścierając odruchowo pot. Wiedział, że nie może chodzić o nikogo
innego, jak o Polaków.
- Polski i londyński
kontrwywiad, kolego. Zaproponowali mi niezłą sumkę za wskazanie twojej
kryjówki. Cóż, grzechem byłoby rezygnować z tak pokaźnej kwoty.. Przecież żadna
sztuka w wyjawieniu miejsca zamieszkania sadysty! – wrzasnął, napełniając
kieliszki srebrzystą cieczą.
- Nie będę z tobą pił – uciął
Hans.
- Boisz się? To już na nic.
Albo będziesz ze mną ściśle współpracował i trzymał język za zębami, albo po
prostu kaput, jak wy to mówicie! – zaśmiał się chrapliwie, wlewając do gardła
wódkę.
- O co ci chodzi? O
pieniądze, tak? Czy o jakąś żądzę zemsty? Podpadłem Ci? Byłem złym, nielojalnym
kolegą? – Hans obsypał go gradem pytań. Coraz obficiej się pocił. Jego koszula
nasiąkała cuchnącą wonią, przylepiała się do tuszy, która rozlewała się na
niewielkim taborecie.
- Posłuchaj.. Zawsze byłeś
moim dobrym kolegą. W końcu my, Austriacy, powinniśmy się trzymać razem, nie? –
wyszczerzył usta w zdradzieckim uśmiechu i klepnął go po policzku.
- Nadal niezbyt rozumiem, o
co ci chodzi.
- Potrzebuję pieniędzy. Na
gwałt. A tak się złożyło, że te pieniądze – a nawet ich nadmiar – są w stanie
dać mi pewne konstytucje. I proszę, nie tłumacz mi, że łączą nas koleżeńskie
relacje. Facet, nie znam cię! – uciął – Pozwól więc na to, bym sam zadecydował
o tym, czy przystanę na propozycję Londynu i Polski.
Hans nerwowo przełknął ślinę.
Znajdował się w potrzasku. Nie wiedział, co ma zrobić, by zdobyć zaufanie
Johana. Miał go w garści. W każdej chwili mógł wydać jego i Leę władzom.
Najbardziej martwił się o żonę -
odnalazł w sobie jakiś odruch miłości. Zrozumiał, że ona nie zniosłaby tego,
miała słabe serce. Dostałaby zawału już po pierwszej wizycie agenta
kontrwywiadu.
- Co mam zrobić – szepnął,
sięgając po papierosa.
- Cóż, sam nie wiem, czy ten
układ by mi pasował.. Te pieniądze…
Musiał ją uchronić przed
śmiercią.
- Posłuchaj, frajerze –
zaczął groźnie Kriegemann – Albo kupię od ciebie wolność, albo zginie
niewłaściwa osoba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz