Świstokliki

sobota, 20 lipca 2013

"Zagrajmy w otwarte karty!"

Drogi Czytelniku! Tekst ten powstał po pierwszej w nocy, także już na samym początku pragnę zaznaczyć, że niezbyt odpowiadam za treść; być może napisałam jakąś głupotę. Z góry przepraszam za błędy - przede wszystkim logiczne. Zapraszam do przeczytania trzeciej części opowiadania o "Mongole". Enjoy..?

Nienawidził babskich ploteczek. Nic nie irytowało go bardziej, jak wieczorne schadzki żony u jednej ze swych znajomych. Wiedział, że nie przychodzi po to, by poplotkować z największą plotkarą okolicy – Karen.
W chwilach, kiedy zostawał w domu sam zapuszczał się do starego garażu, w którym pobłyskiwała w ostrym blasku jarzeniówki sztanga, z przewieszonymi ciężarkami. Nic bardziej nie pobudzało tego mężczyzny, jak szybkie, głębokie oddechy, pot ściekający po karku w chwili, kiedy unosił ponad sobą pięćdziesięciokilową sztangę. Wówczas wyzwalała się w nim jakaś tajemnicza siła – był pewien swoich możliwości, odnajdywał motywację, chęć do dalszego działania. Nudziło go życie w prowincjonalnej mieścinie i to norweskie społeczeństwo. Był znużony ukrywaniem się  w obcym, dzikim kraju, o którym nie miał bladego pojęcia. Przy życiu – jak to często wyrażał się przy kumplach -  utrzymywała go własna domowa siłownia. Pośrodku starego garażu tkwiły przyrządy do ćwiczeń, które sam wykonywał. Pośród tych wszystkich metalowych rur z pewnością znajdował się przyrząd, którym ongiś tłukł głowę jakiegoś nieszczęśnika, który na niego trafił. Był gnojem i był tego całkowicie świadom. Tkwił w tym poczuciu beznadziei, starając się to zatuszować. Po pracy zaszywał się w ciemnym, obskurnym garażu, by móc wykrzesać z siebie ostatki sił i po raz kolejny poczuć lodowate kropelki potu, ściekające po całym ciele.
Tego wieczoru przyszedł do siłowni z jeszcze większą siłą i energią. Żwawo skoczył do sztangi i na jednej ręce uniósł trzydziestokilowy ciężarek, który raz po raz podnosił, zginając rękę w łokciu. Nie myślał o niczym innym, jak o wysiłku. O każdym jednym naprężonym mięśniu, który drżąc usiłował wytrzymać ciężar. Myślał o krwi, która jeszcze żywiej krążyła w jego żyłach. O nogach, które drżąc zdawały się lada chwila osunąć na ziemię.
Nie lubił porażek. Nawet tych najmniejszych. Wstydził się swojej bezsilności będąc nawet tu, w tym garażu, przebywając w samotności. Spuszczał bezradnie głowę za każdym razem, kiedy sztanga wyślizgnęła się ze spoconych rąk i z głuchym brzęknięciem upadała na ziemię. Porażki doprowadzały do szewskiej pasji. Wystarczył jeden nierozważny ruch, a ciężarek upadał na ziemię przyprawiając Hansa o zwierzęcą wściekłość i podły, czarny nastrój. Wracając do pokoju nie był w stanie panować nad swoimi nerwami i pastwił się nad Leą, która wróciwszy od Karen, przygotowywała się do snu.
- Wybiję ci z głowy te wieśniackie ploty! – rzucił oskarżycielsko – Jesteś moją żoną i póki żyję, póki cię utrzymuje, nie będziesz łaziła na bluje do tych swoich pieprzniętych koleżanek!
Lea była kobietą wyrozumiałą i choć miała swój charakterek, wolała przemilczeć cierpkie słowa męża niż żałować przez kolejne dni swojego niewyparzonego języka. Bolało ją to, co sądził o niej i o jej znajomych. Nie potrafił zrozumieć, że zwyczajnie nudzi się na tej prowincji – nie może przecież cały czas sterczeć przy garach i przeglądać magazyny, które i tak ledwo co rozumie. Prasy niemieckiej było tyle, co kot napłakał, a i tak sprowadzano tylko tę najtańszą (która była prasą „drugiego wyboru”).
 Bywały gorsze dni, kiedy Lea buntowała się i nie stawała za kuchenką. Przesypiała wówczas całe popołudnia siląc się na to, by przypadkiem nie otworzyć oczu i nie zdradzić się przed mężem. Udawała obłożnie chorą, zatopioną w najcięższej fazie depresji. Tymczasem miała się dobrze, a z łóżka wstawała dopiero wtedy, kiedy mąż znajdował się w robocie.
Po miasteczku nadal krążyły pomówienia, jakoby o tym, że Kriegemannowie są zbiegami niemieckimi, zbrodniarzami, które ściga polski kontrwywiad i Interpol. Na samą myśl o tym Lea drżała, zalewając się zimnymi potami. Nie potrafiła wybaczyć mężowi-sadyście tego, do czego doprowadził ją i całą jej rodzinę. Postawił nad nimi krzyżyk, skalał hańbą, która na długo miała ich potępiać.
                                                    *       *    *
Hans chodził do pracy z coraz większym przymusem. Unikał przyjacielskich pogawędek zastawiając się kiepskim samopoczuciem i chorobą. Nie mógł wiedzieć, że za plecami grupka przyjaciół zgaduje się, tłumacząc coś konspiracyjnym szeptem. Wtedy nie domyślał się najgorszego.
Pewnego dnia podszedł do niego Johan, ten, który był obok niego najbliżej. Od początku wydawało mu się, że złapie z nim najlepszy kontakt – był bawarem z pochodzenia, a więc krajanem – mieszkał niedaleko rodzinnej Austrii, Linzu.
- Mogę na słówko? – spytał Johan, pociągając lekko za łokieć Hansa.
- Naprawdę źle się czuję.. – usiłował tłumaczyć się.
- Nie zajmie mi to długo, chodź – wyjaśnił.
Udali się do pobliskiego pomieszczenia, gdzie na stole spoczywały dwa kieliszki i polska Wyborowa. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć wszystko. Nie mógł wpaść lepiej! Wreszcie go dopadli – jak mógł być tak naiwny i nie domyślić się, że polski kontrwywiad stąpa mu po piętach! Był nikim innym, jak parszywym głupcem.
- Posłuchaj, Lukas – zaczął Johan, składając dłonie – Nie będę owijał w bawełnę; wiem, co z ciebie za aparacik. Powiedzmy, że jestem w kontakcie z ludźmi, którzy szczerze zainteresowali się twoim losem.
- Kto to taki? – zapytał z nutką nadziei, ścierając odruchowo pot. Wiedział, że nie może chodzić o nikogo innego, jak o Polaków.
- Polski i londyński kontrwywiad, kolego. Zaproponowali mi niezłą sumkę za wskazanie twojej kryjówki. Cóż, grzechem byłoby rezygnować z tak pokaźnej kwoty.. Przecież żadna sztuka w wyjawieniu miejsca zamieszkania sadysty! – wrzasnął, napełniając kieliszki srebrzystą cieczą.
- Nie będę z tobą pił – uciął Hans.
- Boisz się? To już na nic. Albo będziesz ze mną ściśle współpracował i trzymał język za zębami, albo po prostu kaput, jak wy to mówicie! – zaśmiał się chrapliwie, wlewając do gardła wódkę.
- O co ci chodzi? O pieniądze, tak? Czy o jakąś żądzę zemsty? Podpadłem Ci? Byłem złym, nielojalnym kolegą? – Hans obsypał go gradem pytań. Coraz obficiej się pocił. Jego koszula nasiąkała cuchnącą wonią, przylepiała się do tuszy, która rozlewała się na niewielkim taborecie.
- Posłuchaj.. Zawsze byłeś moim dobrym kolegą. W końcu my, Austriacy, powinniśmy się trzymać razem, nie? – wyszczerzył usta w zdradzieckim uśmiechu i klepnął go po policzku.
- Nadal niezbyt rozumiem, o co ci chodzi.
- Potrzebuję pieniędzy. Na gwałt. A tak się złożyło, że te pieniądze – a nawet ich nadmiar – są w stanie dać mi pewne konstytucje. I proszę, nie tłumacz mi, że łączą nas koleżeńskie relacje. Facet, nie znam cię! – uciął – Pozwól więc na to, bym sam zadecydował o tym, czy przystanę na propozycję Londynu i Polski.
Hans nerwowo przełknął ślinę. Znajdował się w potrzasku. Nie wiedział, co ma zrobić, by zdobyć zaufanie Johana. Miał go w garści. W każdej chwili mógł wydać jego i Leę władzom. Najbardziej martwił się o żonę  - odnalazł w sobie jakiś odruch miłości. Zrozumiał, że ona nie zniosłaby tego, miała słabe serce. Dostałaby zawału już po pierwszej wizycie agenta kontrwywiadu.
- Co mam zrobić – szepnął, sięgając po papierosa.
- Cóż, sam nie wiem, czy ten układ by mi pasował.. Te pieniądze…
Musiał ją uchronić przed śmiercią.

- Posłuchaj, frajerze – zaczął groźnie Kriegemann – Albo kupię od ciebie wolność, albo zginie niewłaściwa osoba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy