Świstokliki

czwartek, 4 lipca 2013

Szaleństwo

Dla Clarion,
rozpaczliwie domagającej się tekstu ociekającego lukrem :)


Szaleństwo


 Czy mi wybaczysz moje zazdrosne rojenia­­
 Szaleństwo mej miłości wciąż nieokiełznane?

A. Puszkin ,,Czy mi wybaczysz?”


Lato. Warszawa skąpana w słońcu, ulice topiące się pod żarem promieni, dzieci piskliwie przemykające po ulicach, zapach waniliowych lodów, orzeźwiające oranżady na baczność stojące za szklanymi witrynami. Młodzi, dorośli, starcy – wszyscy zakochani – trzymający się za ręce i czule wpatrujący w swe jasne oblicza.
Turkot kół rowerowych, przesuwających się po rozpalonych alejach.
I wśród tego wszystkiego oni, trzymający się za ręce, wymieniający te czułe, wszechobecne spojrzenia, od których Warszawa pęka, niczym serce dźwigające ciężar największej miłości.
Idą alejami ujazdowskimi wtuleni w siebie, szepcąc raz po raz jakieś gorące, niepoprawne słowa.
- Kocham cię – powtarza jej, jakby świata nie było, a gdzieś pośrodku tej pustki byli oni, tak mocno zakochani, jak para młodzieńców, poznających smak pierwszego pocałunku.
Zasłona intymności otula ich pomimo tego, że wokół nich przesuwa się kilkadziesiąt osób, ciekawie spoglądających w ich stronę.
- Jesteś dla mnie tym, co mogę stracić i tym, co mogę zyskać – mówi, nie zastanawiając się zbytnio nad sensem swoich słów – wie, że wypowiada je z uczuciem, a ich matką nie jest jakaś zabłąkana myśl, ale serce, bijące tylko i wyłącznie dla niego.

Dla Otta.
                                                             *         *      *
W swoich sercach, oprócz ogromnej miłości, jaką nieśli dumnie i z ochotą, musieli znaleźć miejsce dla ciężkich wspomnień, które jeszcze nie dawno pochłaniały każdą ich chwilę. Wojenny koszmar, niepewność, rozstania i powroty. Obozowa codzienność, lęk o jutro i nieskończona ilość płomyków nadziei, które tliły się nie raz, ale równie szybko gasły. Łzy, które grubą skorupą osiadły na dnie ich serc, nie dające o sobie zapomnieć. Pozostawiające trwały, niezatarty ślad. Wspomnienia, które zamiast ulecieć w niepamięć, tkwiły gdzieś w głębi ich zakochanych serc, uśpione, ale nie wyrzucone.

Wiedzieli, że chcąc się ich pozbyć, pozbyliby się miłości.
Bo nie byłoby tego uczucia bez bólu, cierpienia, jakie musieli znieść. Nie byłoby czułych słówek, znaczących uśmiechów, pocałunków składanych na drżące wargi o północy. Bez opieki, jaką się otaczali, wsparcia.  Dlatego tak usilnie dbali, by wspomnień z serca nie wyrzucać, ale i ich nie rozgrzebywać.

Bo będzie boleć, nie tak zwyczajnie, jak się skaleczy nożem; ale o wiele bardziej.

                                                         *      *    *
Lipcowe wieczory są ciepłe i przyjemne. Lekki wiatr pieści karki przechodniów, szwendających się po Starówce i okolicy. Miejscowi zaglądają do pobliskich cukierń, do restauracji, lub przybywają na wieczorne seanse.
A oni, jakby tworząc opozycje dla wszystkich warszawiaków, po prostu śmieją się serdecznie, siedząc na jednej z ławek.
- Stanowimy głupi wyjątek  - mówi Maria, uśmiechając się serdecznie.
- Dlaczego? – Otto unosi brwi do góry, przekomarzając się z ukochaną.
- Siedzimy na ławce, śmiejemy się jak młodzi, nic nie robimy.. Po prostu tkwimy. Nawet nic nie jemy..
- Karmimy się słowami.
Tyle wystarcza, by zrozumiała. Robi się cicho, komary natrętnie tną, a im to nie przeszkadza.
- Dziwacy – mówi pod nosem staruszka, która drepcząc z jamnikiem śpieszy się do mieszkania, by móc jak najszybciej ułożyć się do snu.
A oni śmieją się na głos, nie przejmując się, że przecież dawno minęły te czasy, kiedy jako młodzieniec włóczyło się po mieście do dziesiątej w nocy.

                                                        *        *       *

Maria przypomina sobie zeszłotygodniową wizytę byłego ordynatora szpitala, Baranowskiego. Przypomina sobie jego zdenerwowanie, drżenie rok, zmieszanie, za każdym razem, gdy ukradkiem spogląda w jej stronę.
- Pani doktor, ja.. – zaczął wtedy Baranowski – To znaczy, Marysiu, ja..
- Nic nie mów, Janusz. Ja wszystko wiem, ja rozumiem – tłumaczy pośpiesznie, gdy ten wyciąga w jej stronę drżące dłonie.
Wszystko toczy się tak szybko; wyciągnięta dłoń, szeptane słowa, jej łzy i zaskakujący, niespodziewany pocałunek.
Po wizycie Baranowskiego kładzie się do łóżka, chcąc zapomnieć o rozmowie, która emocjonalnie wykrzesała z niej ostatnie siły.

W nocy myślała o tym długo, zalewając się potem. To, co się stało tego dnia, postanowiła zachować w tajemnicy.


                                                      c.d.n

2 komentarze:

  1. A więc..... :D
    Po pierwsze, serdecznie dziękuję za wspaniałą dedykację dla mojej skromnej osoby ;)
    Cytat Puszkina oczywiście odwołuję do Otta... Sam tytuł tego opowiadania wywołał u mnie uśmiech. ;D
    Całe opowiadanie jest po prostu mistrzowskie, no, do ostatnich trzech gwiazdek to arcydzieło, później nagle poziom lukru spada, ale po przespaniu się z tym tematem stwierdziłam, że Janusz, który miał słabość do Marii, widząc ją całą i zdrową po wojnie rzeczywiście mógł zrobić tak straszną-okropną-obrzydliwą-rzecz-jaką-było-pocałowanie-ukochanej-OTTA. "Pocałowanie ukochanej Otta" powinno być podkreślone trzykrotnie, zaznaczone na czerwono i powiększone, ale tutaj w edycji komentarzy nie widzę takiej funkcji... xD
    Wracając do tematu...
    Moje ulubione fragmenty (Tak, Kamilko, czytam to opowiadanie po raz -enty.... wczoraj na dobranoc przeczytałam je kilkakrotnie, przy czym za pierwszym razem się rozpłakałam, bo po tym wszystkim, co przeszli, Marysia i Otto są tak bezgranicznie szczęśliwi, zakochani... ::) ).

    1. "Wspomnienia, które zamiast ulecieć w niepamięć, tkwiły gdzieś w głębi ich zakochanych serc, uśpione, ale nie wyrzucone.

    Wiedzieli, że chcąc się ich pozbyć, pozbyliby się miłości.
    Bo nie byłoby tego uczucia bez bólu, cierpienia, jakie musieli znieść. Nie byłoby czułych słówek, znaczących uśmiechów, pocałunków składanych na drżące wargi o północy." - po prostu widzę te pocałunki o północy... i się rozpływam... ♥

    2. " - Stanowimy głupi wyjątek - mówi Maria, uśmiechając się serdecznie.
    - Dlaczego? – Otto unosi brwi do góry, przekomarzając się z ukochaną.
    - Siedzimy na ławce, śmiejemy się jak młodzi, nic nie robimy.. Po prostu tkwimy. Nawet nic nie jemy.. " - Maria, która się serdecznie uśmiecha, Otto, który przekomarza się z ukochaną... To tutaj tryska z oczu fontanna łez... ;) A, i powszechnie wiadomo, że tak prozaiczne rzeczy jak jedzenie nie są dla M&O, bo nawet jeżeli Maria przygotowuje kolację, to czuje wtedy na sobie dotyk Otta, itd... I jeżeli autorka opowiadania przypomni sobie, że na początku pisała coś o kolacji, to ta kolacja z reguły jest już zimna, uahahahah :D
    3. "I wśród tego wszystkiego oni, trzymający się za ręce, wymieniający te czułe, wszechobecne spojrzenia, od których Warszawa pęka, niczym serce dźwigające ciężar największej miłości. Idą alejami ujazdowskimi wtuleni w siebie, szepcąc raz po raz jakieś gorące, niepoprawne słowa." - skomentowałabym to po prostu tak: OmójBożejakietourocze :D

    I mój ostatni ulubiony fragment (to Cię zaskoczy! :D):
    4. "W nocy myślała o tym długo, zalewając się potem. To, co się stało tego dnia, postanowiła zachować w tajemnicy." - widzę ją miotającą się, że co ona teraz zrobi, jak na to zareaguje Otto, jeżeli się dowie.... Niech Otto się dowie, błagam! Nie musi od razu pobić Janusza, ale raz, tak porządnie mógłby mu dać w twarz... Tylko co by wtedy powiedziała Maria...?
    Dawać mi tutaj kolejną część! Natychmiast! Brak kolejnej części tego opowiadania to znęcanie się nad moją biedną osobą! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za piękny komentarz :-). Bardzo cieszę się, że się podobało!
    No i kontynuacja będzie, moja droga! :-&

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy