Ten tekst powstał dzięki namowie Kasi, która zachęciła mnie do zobrazowania losów Mongoła. Ten tekst pisało mi się bardzo przyjemnie, mam nadzieję, że równie przyjemnie się go czyta :)
Czytając gazetę, celowo
omijał rubryki z wiadomościami dotyczącymi Niemiec. Nie chciał
zagłębiać się w politykę, wracać do tego, co – według niego – dawno miał za
sobą. Wiedział, że nie jedna polska instytucja, jak nie niemiecka, goni za nim,
by móc osobiście powiesić go na stryczku.
Polacy, za szczególne
pastwienie się nad ludnością żydowską w czasie okupacji, a Niemcy, za
nielegalny biznes i spiskowanie za plecami Wielkiej Rzeszy.
Nie lubił przyznawać się
przed samym sobą do tej prostej prawdy – był zwykłą szują. Ścierwem, jakiego
wśród żołnierzy Wehrmachtu było pełno.
W przeciwieństwie do ciebie –
pomyślał z przekąsem – Im się udało. Żyją sobie normalnie, ba, może dalej
mieszkają na terenie Polski, lub w Niemczech, przed nikim nie uciekając. A ty
musisz gnić w tej Norwegii, wśród tych ludzi z przebrzydłym, ciężkim jak ołów
akcentem.
Ludności skandynawskiej nie
lubił. Ci ludzie byli lodowaci. I nie decydowała o tym przynależność rasowa. Oni
po prostu trzymali dystans. Plusem tego wszystkiego było to, że nie wściubiali nosa w nie swoje sprawy, nie gonili za sensacjami.
Tutaj, w Norwegii, mógł zapewnić sobie kompletną anonimowość. W końcu nie był Hansem
Kriegemannem, ani też „Mongołem”, jak za plecami wołali za nim Żydzi.
Teraz nazywał się Lukas Romoeren.
Nie bez powodu przybrał
norweskie nazwisko. Oficjalnie był imigrantem czeskim, z norweskimi korzeniami.
Swoim współpracownikom z zakładu papierniczego tłumaczył, że opuścił Czechy, by
przyjechać do dalekich krewnych. Partnerzy ten haczyk przełknęli bez mrugnięcia
okiem i w ten sposób, tak dobrze znany w Polsce Mongoł, stał się szarym
obywatelem norweskim.
Jego żona, Lea, z uniżeniem
spełniała wszystkie zachcianki męża. To na jego żądanie uciekli z Polski w
1943, niemalże przypłacając to życiem. Nie raz podniósł na nią rękę, kierowany obyczajami,
jakimi na co dzień kierował się w warszawskim getcie. Teraz musiał udawać porządnego
obywatela, troszczącego się o swoją żonę, bo dzieci nie miał i nigdy już mieć
nie postanowił.
- Kiedy wracamy? – zapytała lodowato,
kładąc mu przed nosem talerz pełen ciepłych klusek.
- Czyś ty kobieto
powariowała? – wrzeszczał, wybałuszając oczy – Chcesz, żeby nas dopadli? Myślisz,
że nie przypłaciłbym głową za ucieczkę z Warszawy? Zrobiłem to dla ciebie,
idiotko!
- Gdybyś nie parł tak na te
brudne pieniądze.. Przecież nie przymieraliśmy głodem! Chodziłeś co dzień do
tego getta i pastwiłeś się nad tymi ludźmi, który robili w tym twoim szopie –
parsknęła gniewnie. Wbrew pozorom była kobietą niezwykle wrażliwą, czułą, na
krzywdę drugiego człowieka. Wojnę żywo potępiała, a biedny naród żydowski – jak
często o nim mówiła – cierpiał za nic, nawet z ręki jej męża-tyrana.
- Posłuchaj – zaczął groźnie,
rzuciwszy gazetę na stół – Jeżeli nie stulisz mordy, usłyszą nas sąsiedzi. A
jak plotka pójdzie dalej, to będziemy skończeni. Nie jeden poprawi sobie życie
donosem – warknął.
I zamilkła. A on w pośpiechu
zjadał obiad, który co dzień podsuwała mu pod nos.
* * *
Nigdy nie myślał o sobie,
jako o złym człowieku. Tłumaczył się, że spełnia powinność, którą wyznaczył mu
sam Hitler. Dlatego z lubością wymierzał kolejne kopniaki Żydom, którzy krzywo
na zeń spojrzeli. Miał ich za zło konieczne, złodziei, plagę – jak to określał –
parszywych szczurów, zakradających się do witryn sklepowych i wykradających
jedzenie. Nie zastanawiał się nad tym, jaką ciężką łapę kładą na ich życie –
pozbawiając wolności, gromadząc w wydzielonych dzielnicach, traktując ich jak
podludzi. Jeszcze zanim zaczęła się wojna jego rodzice – Helen i Helmut
Kriegemannowie – prowadzący niewielką piekarnię, narzekali na Żydów, jakoby
zakradali się z rana i kradli, co tylko im w ręce wpadnie; bułkę, kawałek
chleba, czy też chałkę, których zawsze sprowadzali całe mnóstwo. Już od lat
młodzieńczych kiełkowała w nim nienawiść do tego narodu, którą – rzecz jasna i
niepodważalna – zasiali w nim rodzice.
Pamiętał, kiedy pięknego,
majowego ranka pomagał rodzicom. Zauważywszy czającego się Żyda bez wyjaśnień
rzucił się na niego i brutalnie skopał. Rodzice jedynie poinstruowali go, by
więcej do Żyda nie podchodził, nie komentując nawet zachowania syna. Sami nie
raz mieli ochotę spuścić lanie chłystkom, szwendającym się w pobliżu piekarni.
Szesnastoletni Hans stał się strażnikiem
biznesu rodzinnego i biczem Kriegemannów, wymierzanym w stronę wyznawców Jahwe.
* *
*
Pracę zaczynał o dziewiątej,
z tego względu był z niej bardzo zadowolony i szanował ją. Nie chciał
nadwerężać zaufania swojego szefa, twardo trzymającego swoich pracowników,
dlatego w robocie stawiał się punktualnie, wykonując ją starannie.
Tego dnia, wraz z Johanem i Andreasem
przeglądali lokalną gazetę, zawieszając wzrok na jednym z artykułów.
- O! – mlasnął Johan,
przygryzając czerstwą bułkę – Niemcy; poszukują bandytów i oszustów wojennych,
którzy działali przeciwko narodowi. Działania zakrojone na dosyć szeroką skalę –
zakończył, spoglądając na nich z uwagą.
- Taa – zaczął Andreas –
Pouciekało tego ścierwa do Argentyn, nie Argentyn, Brazylii, myślą, że się
schowają przed sprawiedliwością. Guzik prawda! Oni nawet nie wiedzą, ale w
każdym kraju są instytucje, które takie gnidy bez problemu wytropić potrafią.
Hans ciężko przełknął ślinę.
Poluzował nieco kołnierz koszuli, który cisnął go niemiłosiernie. Na twarz
wystąpiły kropelki potu.
- A ty co o tym myślisz, Lukas?
– zapytał Johan.
- Mnie to nie interesuje –
uciął, wyrywając im gazetę – Po co się nad tym zastanawiać? Niech sobie
szukają, kogo tam chcą! Wracajmy do roboty.
Koledzy spojrzeli po sobie
wzruszywszy ramionami i powłóczyli nogami w stronę drzwi pracowni. Zdziwiło ich
bowiem zachowanie Lukasa, który najzwyczajniej w świecie rozmowę zbył, uważając
ją za niewygodną.
Tego dnia pracowało mu się
ciężko – papier wylatywał mu z drżących rąk, klął pod nosem, nie mogąc poradzić
sobie z nerwami, które paraliżowały go całkowicie.
- E, ty, Lukas, chory jesteś?
Jakoś niemrawo wyglądasz. Jakbyś jakiegoś szczura połknął – zarechotał Andreas,
wycierając w spodnie dłonie nasiąknięte tuszem drukarskim.
- Pewnie zjadłem coś
nieświeżego – uciął słabo, przysiadając na krześle.
- Wpadnij po robocie do
Loren, na kieliszek wódki – rzucił Johan, opierając dłonie na biodrach – Od razu
ci się poprawi.
Do końca dnia kręcił się po
zakładzie, usiłując coś zrobić. W żołądku piekło go niesamowicie, a drżenia rąk
nie potrafił opanować.
Przeszłość go znalazła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz