Świstokliki

sobota, 6 lipca 2013

Więzień przeszłości

Ten tekst powstał dzięki namowie Kasi, która zachęciła mnie do zobrazowania losów Mongoła. Ten tekst pisało mi się bardzo przyjemnie, mam nadzieję, że równie przyjemnie się go czyta :)

Czytając gazetę, celowo omijał rubryki z wiadomościami dotyczącymi Niemiec. Nie chciał zagłębiać się w politykę, wracać do tego, co – według niego – dawno miał za sobą. Wiedział, że nie jedna polska instytucja, jak nie niemiecka, goni za nim, by móc osobiście powiesić go na stryczku.
Polacy, za szczególne pastwienie się nad ludnością żydowską w czasie okupacji, a Niemcy, za nielegalny biznes i spiskowanie za plecami Wielkiej Rzeszy.
Nie lubił przyznawać się przed samym sobą do tej prostej prawdy – był zwykłą szują. Ścierwem, jakiego wśród żołnierzy Wehrmachtu było pełno.
W przeciwieństwie do ciebie – pomyślał z przekąsem – Im się udało. Żyją sobie normalnie, ba, może dalej mieszkają na terenie Polski, lub w Niemczech, przed nikim nie uciekając. A ty musisz gnić w tej Norwegii, wśród tych ludzi z przebrzydłym, ciężkim jak ołów akcentem.
Ludności skandynawskiej nie lubił. Ci ludzie byli lodowaci. I nie decydowała o tym przynależność rasowa. Oni po prostu trzymali dystans. Plusem tego wszystkiego było to, że nie wściubiali nosa  w nie swoje sprawy, nie gonili za sensacjami. Tutaj, w Norwegii, mógł zapewnić sobie kompletną anonimowość. W końcu nie był Hansem Kriegemannem, ani też „Mongołem”, jak za plecami wołali za nim Żydzi.
Teraz nazywał się Lukas Romoeren.
Nie bez powodu przybrał norweskie nazwisko. Oficjalnie był imigrantem czeskim, z norweskimi korzeniami. Swoim współpracownikom z zakładu papierniczego tłumaczył, że opuścił Czechy, by przyjechać do dalekich krewnych. Partnerzy ten haczyk przełknęli bez mrugnięcia okiem i w ten sposób, tak dobrze znany w Polsce Mongoł, stał się szarym obywatelem norweskim.
Jego żona, Lea, z uniżeniem spełniała wszystkie zachcianki męża. To na jego żądanie uciekli z Polski w 1943, niemalże przypłacając to życiem. Nie raz podniósł na nią rękę, kierowany obyczajami, jakimi na co dzień kierował się w warszawskim getcie. Teraz musiał udawać porządnego obywatela, troszczącego się o swoją żonę, bo dzieci nie miał i nigdy już mieć nie postanowił.
- Kiedy wracamy? – zapytała lodowato, kładąc mu przed nosem talerz pełen ciepłych klusek.
- Czyś ty kobieto powariowała? – wrzeszczał, wybałuszając oczy – Chcesz, żeby nas dopadli? Myślisz, że nie przypłaciłbym głową za ucieczkę z Warszawy? Zrobiłem to dla ciebie, idiotko!
- Gdybyś nie parł tak na te brudne pieniądze.. Przecież nie przymieraliśmy głodem! Chodziłeś co dzień do tego getta i pastwiłeś się nad tymi ludźmi, który robili w tym twoim szopie – parsknęła gniewnie. Wbrew pozorom była kobietą niezwykle wrażliwą, czułą, na krzywdę drugiego człowieka. Wojnę żywo potępiała, a biedny naród żydowski – jak często o nim mówiła – cierpiał za nic, nawet z ręki jej męża-tyrana.
- Posłuchaj – zaczął groźnie, rzuciwszy gazetę na stół – Jeżeli nie stulisz mordy, usłyszą nas sąsiedzi. A jak plotka pójdzie dalej, to będziemy skończeni. Nie jeden poprawi sobie życie donosem – warknął.
I zamilkła. A on w pośpiechu zjadał obiad, który co dzień podsuwała mu pod nos.

                                                       *     *    *
Nigdy nie myślał o sobie, jako o złym człowieku. Tłumaczył się, że spełnia powinność, którą wyznaczył mu sam Hitler. Dlatego z lubością wymierzał kolejne kopniaki Żydom, którzy krzywo na zeń spojrzeli. Miał ich za zło konieczne, złodziei, plagę – jak to określał – parszywych szczurów, zakradających się do witryn sklepowych i wykradających jedzenie. Nie zastanawiał się nad tym, jaką ciężką łapę kładą na ich życie – pozbawiając wolności, gromadząc w wydzielonych dzielnicach, traktując ich jak podludzi. Jeszcze zanim zaczęła się wojna jego rodzice – Helen i Helmut Kriegemannowie – prowadzący niewielką piekarnię, narzekali na Żydów, jakoby zakradali się z rana i kradli, co tylko im w ręce wpadnie; bułkę, kawałek chleba, czy też chałkę, których zawsze sprowadzali całe mnóstwo. Już od lat młodzieńczych kiełkowała w nim nienawiść do tego narodu, którą – rzecz jasna i niepodważalna – zasiali w nim rodzice.
Pamiętał, kiedy pięknego, majowego ranka pomagał rodzicom. Zauważywszy czającego się Żyda bez wyjaśnień rzucił się na niego i brutalnie skopał. Rodzice jedynie poinstruowali go, by więcej do Żyda nie podchodził, nie komentując nawet zachowania syna. Sami nie raz mieli ochotę spuścić lanie chłystkom, szwendającym się w pobliżu piekarni.
Szesnastoletni Hans stał się strażnikiem biznesu rodzinnego i biczem Kriegemannów, wymierzanym w stronę wyznawców Jahwe.
                                                         *         *       *
Pracę zaczynał o dziewiątej, z tego względu był z niej bardzo zadowolony i szanował ją. Nie chciał nadwerężać zaufania swojego szefa, twardo trzymającego swoich pracowników, dlatego w robocie stawiał się punktualnie, wykonując ją starannie.
Tego dnia, wraz z Johanem i Andreasem przeglądali lokalną gazetę, zawieszając wzrok na jednym z artykułów.
- O! – mlasnął Johan, przygryzając czerstwą bułkę – Niemcy; poszukują bandytów i oszustów wojennych, którzy działali przeciwko narodowi. Działania zakrojone na dosyć szeroką skalę – zakończył, spoglądając na nich z uwagą.
- Taa – zaczął Andreas – Pouciekało tego ścierwa do Argentyn, nie Argentyn, Brazylii, myślą, że się schowają przed sprawiedliwością. Guzik prawda! Oni nawet nie wiedzą, ale w każdym kraju są instytucje, które takie gnidy bez problemu wytropić potrafią.
Hans ciężko przełknął ślinę. Poluzował nieco kołnierz koszuli, który cisnął go niemiłosiernie. Na twarz wystąpiły kropelki potu.
- A ty co o tym myślisz, Lukas? – zapytał Johan.
- Mnie to nie interesuje – uciął, wyrywając im gazetę – Po co się nad tym zastanawiać? Niech sobie szukają, kogo tam chcą! Wracajmy do roboty.
Koledzy spojrzeli po sobie wzruszywszy ramionami i powłóczyli nogami w stronę drzwi pracowni. Zdziwiło ich bowiem zachowanie Lukasa, który najzwyczajniej w świecie rozmowę zbył, uważając ją za niewygodną.
Tego dnia pracowało mu się ciężko – papier wylatywał mu z drżących rąk, klął pod nosem, nie mogąc poradzić sobie z nerwami, które paraliżowały go całkowicie.
- E, ty, Lukas, chory jesteś? Jakoś niemrawo wyglądasz. Jakbyś jakiegoś szczura połknął – zarechotał Andreas, wycierając w spodnie dłonie nasiąknięte tuszem drukarskim.
- Pewnie zjadłem coś nieświeżego – uciął słabo, przysiadając na krześle.
- Wpadnij po robocie do Loren, na kieliszek wódki – rzucił Johan, opierając dłonie na biodrach – Od razu ci się poprawi.
Do końca dnia kręcił się po zakładzie, usiłując coś zrobić. W żołądku piekło go niesamowicie, a drżenia rąk nie potrafił opanować.


Przeszłość go znalazła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy