Świstokliki

poniedziałek, 23 grudnia 2013

On tego by chciał..

Ze świstem wypuściła powietrze, zginając się w pół. Skurcze w dole brzucha powracały ze zdwojoną siłą, przypominając o tym, że malec jak najszybciej chce wydostać się na świat. Załzawionymi oczyma spojrzała na zdjęcie męża, którego straciła przed dwoma laty. Od tamtego czasu jej życie radykalnie się zmieniło - znalazła swoją "drugą połówkę", a raczej kogoś, kto był na tyle odważny, by pojąć za żonę wdowę z dwójką - wliczając w to nienarodzone dziecko - pociech na karku. Jeszcze trzy lata temu wyśmiałaby każdego, kto usiłowałby jej wmówić, jaka czeka ją przyszłość - w gruncie rzeczy nie taka zła, jak ją sobie wyobrażała. W jej życiu pojawił się Antoni, mężczyzna po trzydziestce, pochodzący z średnio zamożnej rodziny. Nie był on związany z jakąkolwiek organizacją wojskową, w czasie wojny nie był uwikłane w żadne gierki, utrzymywał się z szklarstwa. Skradł jej serce podczas spaceru w parku, kiedy niesforny Jasiu wymknął się jej spod uwagi i niemalże wpadł do jeziora. To właśnie wtedy wykazał się refleksem i pochwycił malca, niesfornie brykającego nad taflą zimnej wody. 
- Uroczego ma pani synka - powiedział, posyłając jej słaby uśmiech.
- Gdyby nie pan, mogłabym go stracić - odparła smutno, z wdzięcznością podając mu wyciągniętą dłoń - Dziękuję.
Od tamtego czasu widywali się nie raz w parku, spacerując i oddając głębokim, poważnym rozmowom. Antoni wzbudził w Lenie tak wielkie zaufanie, iż podczas kolejnych spotkań, opowiedziała mu niemalże całą historię swojego burzliwego życia. Kiedy opowiadała zdała sobie sprawę, że w czasie okupacji balansowała na krawędzi życia i śmierci. To dzięki Jankowi - ukochanemu mężowi - żyje i ma się całkiem dobrze.
- To niesamowite, że..
- Że żyję - odparła nazbyt chłodno Lena - Tak, zdaję sobie z tego sprawę - dodała cieplejszym tonem. 
- Bardzo mi przykro, że cała historia zakończyła się w tak tragiczny sposób.
- Wiele miesięcy po jego śmierci przeklinałam los za to, co się stało. Zadawałam Bogu mnóstwo pytań, dlaczego w ten sposób pokierował życiem mojego męża. Z czasem zrozumiałam, że ta śmierć była potrzebna.. Musiało do niej dojść.. i tyle - zakończyła sucho, ukrywając zbierające się łzy. 
Kiedy nadeszła zima spotykali się w kawiarni, dosyć często Antoni odwiedzał Lenę w domu, by pomóc jej przy domowych obowiązkach, lub przy Jasiu. Zrozumiała, że nic nie dzieję się bez powodu. Że jego obecność jest istotna. 

Którejś nocy zrozumiała, że musi go przy sobie zatrzymać.

                                                             *      *    *
- Sprawdziłem te uszczelki. Już wszystko powinno grać jak należy. W razie czego, dzwoń. Na mnie już czas..
- Poczekaj - rzuciła - Zostań na obiedzie.
- Nie chciałbym zajmować ci czasu..
- Jesteś jedyną osobą w moim życiu, która może go zająć - wyrzuciła szybko, łamiącym się głosem, a on, jakby rozumiejąc jej prośbę, pochwycił jej drżącą dłoń.

[c.d.n (?)]

niedziela, 22 grudnia 2013

Don Juan

  "Pewnej nocy miałem sen,
 o tym, że żyjemy tylko raz
Obudziłem się po drugiej
Nie zasnąłem, wpatrywałem się w Ciebie
Dzięki temu nie zwariowałem"


- Pani pracuje na poczcie? - spytał, zabawnie wytrzeszczając oczy.
- Tak, a co w tym dziwnego? - dziewczyna odpowiedziała pytaniem na pytanie, składając ręce na piersiach.
- To... to niewiarygodne! - ciągnął chłopak, nie spuszczając oczu z coraz bardziej rozzłoszczonej niewiasty - Przecież na poczcie pracują tylko stare kwoki! - wykrzyknął, wywołując  u ślicznej blondynki salwy śmiechu.
- No.. w końcu - westchnął - Udało mi się...
- Co się panu udało? - złotowłosa piękność postawiła rzeczowe pytanie, przyjmując chmurny wyraz twarzy.
- Udało panią rozśmieszyć! - odparł, filuternie poruszając brwiami.
- Wie pan co, panie...
- Michale - rzucił szybko, podając dłoń.
- Miło mi pana poznać, Michale, ale ja mam pracę. Ja nie mogę sobie ot, tak filtrować z byle - i tu obrzuciła go pełnym pogardy spojrzeniem - kim.
- W takim razie o osiemnastej, kiedy pani kończy, czekam przed wyjściem dla pracowników.
- Och, wszystkiego się pan Michał dowiedział, z dbałością o najmniejsze szczegóły - rzuciła kąśliwą uwagą, mimowolnie unosząc kącik ust.
- Pełen profesjonalizm, pani...
- Hanno - odparła.
- Haniu, tak brzmi lepiej - wyrzucił szybko słodkim głosem.
  
                                                          *      *    *
Czekała już od pięciu minut przed wyjściem dla personelu, a tajemniczy amant dalej nie przybywał. Była pewna, że będzie wyczekiwał na nią, niczym zgłodniały pies, tymczasem spotkała ją niespodzianka. Poczuła wstyd na myśl o tym, w jakim pośpiechu przygotowywała się dla tego gnojka. Perfumy musiała pożyczyć od Renaty, a koralową szminkę, niemalże cudem odnalazła w szufladzie, zapchanej aż po brzegi papierami. Nerwowo spoglądnęła na tarczę zegara, marznąc na mrozie i wyczekująco stukając obcasem. W jednej chwili uświadomiła sobie, że ten młody blondyn postanowił zabawić się jej kosztem. Pewnie to nie jedna, którą tak zrobił w balona - pomyślała gniewnie - Co jak co, ale jemu to na słono nie przejdzie! Pomyślała o swoim bracie, który w mig mógłby zająć się dowcipnisiem, który ważył się zażartować z panny Głowackiej.
Chwilę po tym usłyszała czyjeś kroki i zza murku wychyliła się blond czupryna, z nonszalancko ułożoną grzywką.
- Witam damę - rzucił, składając na jej dłoni delikatny pocałunek - Widzę, że troszkę się pani na mnie na czekała.. A wszyscy mówią, że to chłopcy wyczekują na dziewczęta.. - dodał, rozglądając się po bokach z szerokim uśmiechem.
- Tatarata. Też mi coś. Wyszłam tylko na papieroska, nie można?
- Ależ można, można.... Rzadko która kobieta przed wyjściem na papieroska perfumuje się, niczym na wielkie wyjście.
Wygrał.
Hania spuściła głowę, mimowolnie zanosząc się śmiechem.
- Wygrał pan, panie Michale. 
- Skończmy z tymi frazesami. Michał. - nadstawił policzek, a w głowie Hani zrodziła się szalona myśl, by móc ucałować tego szalonego łobuza i zawiesić mu się na szyi.
- Hola, hola, panie szybki. Hania. - wyciągnęła w jego stronę drobną dłoń, tłumiąc śmiech.
- A buziak?
- Jesteś wyjątkowo bezczelny! 

                                                         *       *     *
- Wiesz, będąc w Anglii miałem styczność z wieloma kobietami i mogę stwierdzić, że jestem ekspertem w kwestii rozumienia ich psychiki.
W to akurat nie wątpię - przyznała w myślach Hania, ze znużeniem słuchając jego monologu.
- Doszedłem do wniosku, że Angielki to kobiety dosyć rzeczowe, takie właśnie jak ty, które stawiają sprawę jasno: albo wiśta, albo hetta. Skoro jesteś typem.. angielskiej kobiety, to może postaw sprawę jasno, co?: Podobam ci się? - spytał, przybierając poważny ton, ale ona zdążyła zauważyć drgające kąciki ust i figlarne ogniki tańczące w jego oczach.
- Mhm.. - westchnęła Hania - Miałam styczność z wieloma mężczyznami, niekoniecznie Anglikami, ale muszę stwierdzić, z przykrością, podkreślę od razu, że widywało się... skromniejszych od ciebie - zakończyła, upijając łyk gorącej kawy.
- Niektóre kobiety - rozpoczął - czasem owijają proste rzeczy w przysłowiową bawełnę. Nigdy nie przyznają się do swoich uczuć. Wolą je stłamsić i utrzymywać interesanta w niepewności.
- Psycholog z ciebie pierwsza klasa, to już zdążyłam zauważyć. Don Juan zresztą też, jak wnioskuję z opowieści o Angielkach. Powinnam się chyba bać..
- Ależ Haniu, tutaj się nie ma czego bać, trzeba kuć żelazo póki gorące!
W gorącej wodzie kąpany.. Jaki niecierpliwy panicz! Zero taktu, jakiejś subtelności, którą każdy mężczyzna w elementarnym stopniu nabył! - stwierdziła w myślach, śmiejąc się w duchu.
- Apropos gorąca; pij swoją kawę, bo ci wystygnie. 
Posłał jej wzrok zbitego psa, po czym zanurzył usta w ciepłym i gęstym płynie.

                                                     *        *      *
W kawiarni siedzieli ponad dwie godziny, oddając się namiętnej rozmowie na temat różnorakich błahostek. Hania resztkami cierpliwości wysłuchiwała wywodów Michała, co chwila przerywając mu śmiechem, a on, przez cały czas wiercił ją spojrzeniem i kokietował. Zaczynał się jej coraz bardziej podobać, uwielbiała jego frywolne żarty i lekkie spojrzenie na życie. Tęskniła za starą miłością, która była bardzo podobna do tego chłopaka, ale w nagłym porywie serca chciała go utrzymać przy sobie, chciała z nim spróbować. Spróbować miłości. Dlatego bez oporu, no, może jedynie z lekkim, stwarzanym dla pozorów, uległa jego propozycji, by udać się na długi, romantyczny - jak przyznał - spacer. Warszawa usypiała, a oni kluczyli szerokimi uliczkami, trzymając się za dłonie, niczym para zakochanych nastolatków.
- Też myślisz o tym poważnie? - zapytał, patrząc przed siebie.
- Przecież wiesz, co mam na myśli.
Wiedziała, ale lubiła się z nim przekomarzać, wdawać w gierki słowne. Zauważyła, że sam to lubi. Ale teraz on był śmiertelnie poważył i czekał tylko na to, by wyraziła swoje zdanie na "ten" temat.
- Myślę, że tak.
- Całkiem poważnie?

- Całkiem - stwierdziła, zarzucając mu ręce na szyje.
- Jeszcze trzy godziny temu nie byłaś taka frywolna - rzucił, chcąc jej dogryźć, ale ona jedynie się roześmiała i złożyła na jego ustach namiętny pocałunek - Zakochałam się w tobie, wariacie.
- Ja w tobie chyba też.
- Chyba? - dotknięta jego słowami, żartobliwie trąciła go łokciem - Chcesz mi powiedzieć, że wykorzystałeś jedynie naiwną dziewczynę?
- Tylko troszkę - szepnął, przyciągając ją do siebie.

Noc była długa, warszawskie niebo błyskało gwiazdami, a oni, niczym najgorętsi kochankowie, składali sobie obietnice, które nigdy nie miały się wypełnić.


                                                        *      *    *
- Muszę już wracać do domu. Brat się będzie niepokoił, pomyśli jeszcze, że tyle mnie trzymają na poczcie i wpadnie tylko po to, by zrobić im awanturę - zauważyła ze smutkiem, gładząc klapy jego płaszcza.
- Opiekuńczy ten twój braciszek - zauważył Michał, zacierając zziębnięte dłonie.
- Jak każdy chłopak, dbający o młodszą siostrę - stwierdziła rzeczowo, wzruszając ramionami.
- Naprawdę już musisz iść, czy dajesz nogę, nie mogąc znieść mojego towarzystwa?

- Chyba żartujesz! Obleciałabym z tobą pół Warszawy, gdybym tylko mogła! - zachichotała.
- Jesteś najlepszym, co mogło mi się przytrafić.
- Oj, daj spokój, skończmy z tymi schematami; pewnie niejednej dziewczynie rzuciłeś tak poważne stwierdzenie.
- Nie - powiedział, ściszając głos, a ona zauważyła, że jego głos zabrzmiał chłodno. Wpatrywał się w nią poważnie, a ona powoli zaczynała wierzyć, że pomimo wyśmienitego poczucia humoru, był człowiekiem niesamowicie szczerym. Wiedziała, że w tym momencie nie naigrawa się z niej, a jedynie chce podkreślić, że staje się dla niego kimś ważnym.
- Wiesz, że to trochę chore.. To dzieje się zbyt szybko.
- W miłości wszystko dzieje się szybko.
- Pleciesz bzdury. Jesteś młody, napalony - stwierdziła ze śmiechem - i jeszcze wiele musisz się nauczyć, dlatego nie rób bzdur i wszystko sobie przemyśl. Wszystko sobie przemyślmy - poprawiła się, patrząc mu głęboko w oczy.
- Wycofujesz się? 
- Nie wycofuję, ale usiłuję myśleć racjonalnie, za twój napuchnięty od hormonów łeb. 
Po tych słowach zagarnął ją w swoje ramiona i długo przytulał. 
- Przy tobie nauczę się jeszcze wielu rzeczy.
- Miejmy nadzieję.
- Dasz mi szansę?
- Już ci ją dałam, nie schrzań tego - rzuciła na odchodne, kierując się w przeciwną stronę.

Pozostawiła go pełnego dylematów, sprzeczności, chciał jej zadać mnóstwo pytań, a przez swoje gadulstwo kompletnie o tym zapomniał. 

Myślałem, że wszystko wiem o kobietach - pomyślał, chcąc się roześmiać, ale ostatecznie wypuścił z ust wstrzymywany oddech. 



sobota, 21 września 2013

Układ

Ludzie lubią komplikować sobie życie, jakby już samo w sobie nie było wystarczająco skomplikowane

                    - Carlos Ruiz Zafón


Październik, 1946 rok.

 Żyję. 
Żyję ja i Jaś. To jest najważniejsze. I tylko to się liczy - szepcę w jej stronę, a mój wzrok przebija ją na wylot. Wyglądam bowiem, jakbym chciała objawić przed nią najczarniejszą prawdę - jakbym chciała jej uświadomić, że jestem w stanie zrobić wszystko. Wszystko, co jest w stanie sobie wyobrazić. Wszystko, co domniema. 
Co ją dręczy i nie daje jej spokoju.

- Nie myśl o mnie źle, Celinko - kończę, gładząc wierzch jej dłoni - Tylko o to cię proszę.

                                                            
                                                                  *          *        *
Maj, 1942 rok.

Milczę, choć chciałabym wykrzyczeć prawdę. Tak wiele wiem. Mogłabym powiedzieć wszystko, nawet chcę to powiedzieć, nie mogę być przecież taką egoistką - rozmyślam w czterech ścianach celi - Przecież mam dziecko. Powinnam o nie walczyć. 
Przysięgałam. Bogu, Ojczyźnie, później Jankowi i samej sobie. Nie mogę się przyznać do niczego. Nie mogę powiedzieć niczego, nie mogę powiedzieć po co jechałam do Berlina, jakie miałam kontakty.
Głuchy trzask kluczy, stuk oficerek. Pewnie znowu zabiorą mnie na przesłuchanie, może teraz kopną  i zadadzą śmiercionośny cios maleństwu - drżę ze strachu, chcę jęknąć, ale nie mam na to sił. Jestem za słaba.
- Jak się pani czuje?
Podnoszę niepewny wzrok i widzę Rainera. 
Odchrząkam.
- Nie najlepiej. Rozumiem.
Nie odpowiadam.
- Ja mogę sprawić, że będzie pani naprawdę dobrze. Pani i pani dziecku.
Nie wątpię - sarkam w myślach. Ten człowiek przyprawia mnie o dziki gniew. 
- Musi się pani zgodzić na ten układ, jeżeli pani chce, by dziecko przeżyło.

Ma mnie w garści. I od tego się to wszystko zaczyna.

piątek, 13 września 2013

"Zegnij kolana i upadnij, zapłacz, zrozum, że czasem warto"

Nigdy nie powinnam Ci tego mówić.

Staliśmy przed domem, w pewien zimowy poranek. Mróz ścinał lodowatym uściskiem oboje z nas, przytupywaliśmy nerwowo na oblodzonej ziemi. Patrzyłam mu w oczy, które były teraz pełne pytań, w oczy żądne odpowiedzi.

Jakiejkolwiek.

A ja nie potrafiłam. Po prostu nie potrafiłam powiedzieć mu tego, co tkwiło we mnie od kilku tygodni i nie pozwalało normalnie funkcjonować. Czegoś, co obezwładniało mnie, ilekroć próbowałam o tym myśleć więcej. TO pożerało mnie. Sama świadomość noszenia tej niewygodnej myśli była dla mnie nieprawdopodobnym ciężarem. Ja cierpiałam przez niego, a on cierpiał przeze mnie.
Odchrząknęłam. Nie odruchowo, ale przemyślanie. Ta cisza zabierała mi jego z każdą sekundą. Teraz. Teraz musiałam zawalczyć.

- Jak mam zacząć..?

Najlepiej od początku, idiotko!

- Powiedz cokolwiek - uciął.

Cokolwiek? To może opowiem ci o parku. O tym, że za niedługo przyjdzie wiosna i wszystkie drzewa znajdujące się w alejce rozkwitną soczystą zielenią, niemiłosiernie kującą w oczy. O tym mam mówić? A może jednak powinnam powiedzieć prawdę? Że jest wojna, a ja nie potrafię siedzieć zamknięta pod kluczem, niczym prosie idące do uboju. Dosadnie ujęte, ale prawdziwe.

- Nie chcę dalej gnieść się w jakiejś zatęchłej piwnicy i trząść się  z zimna przy knocie świeczki - wyjaśniłam.
- Musisz.

/c.d.n/

sobota, 31 sierpnia 2013

Zamknij oczy i uwierz

Opowiadanie to jest alternatywą dla tego, co mogło się wydarzyć w serialu. Czesław wcale nie musiał odwiedzać jej potajemnie, a pojawienie się niemieckiego lekarza wcale nie musiało się wiązać z łypaniem na siebie wzrokiem przez długi okres czasu.. Tak mogło być.
Tekst ten dedykuje wszystkim miłośniczkom pairingu M&O - dziewczynom z tvp :). To Wam ten tekst poddaję pod krytykę. Życzę miłej lektury!

Powieki  ciężkie zamknij

tak po prostu
zaciśnij mocno, by łzy nie wyleciały
w cienką kreskę
i uwierz - tak po prostu
że jest coś więcej 
niż niemożliwe
nieprawdopodobne
nieosiągalne
Walcz


Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem, pełnym łez i niedopowiedzeń. Te niegdyś wesołe, igrające chochlikami oczy, były teraz mętne i pozbawione dawnego blasku. Nie potrafił dostrzec w nich choć odrobiny radości. I to go bolało. Bo, prawda, cieszyła się z ich przybycia do Polski, ale tylko przez chwilę. Kiedy oznajmił jej, że nie może do niej przychodzić z synami, zamknęła się w sobie. Wyraźnie posmutniała. 
- Po co mi to robicie - szepce, łamiącym się głosem - Równie dobrze mogliście tu być nic mi nie mówiąc. Przynajmniej nie rozszarpywałoby mi serca z tęsknoty.
- Marysiu - zaczął kojąco Czesław - Wiem, co czujesz... I zdaje sobie sprawę, że to jest dla ciebie ciężkie. Niestety nie możemy kwestionować rozkazów. 
- Tak, wiem. Dla was rozkaz, to jak dla lekarzy przysięga Hipokratesa - kończy, ze świstem wypuszczając powietrze i chwytając najbliższy notatnik - Muszę wracać na obchód.
- Nie tak wyobrażałem sobie nasze spotkanie.
- To powinnam powiedzieć ja - rzuciła cierpko, składając na jego policzku oziębły pocałunek.

                                                            *    *   *
Po nocnym obchodzie osunęła się na kozetkę, ze zmęczeniem nasuwając na siebie koc. Noc była zimna, a ona dygotała, podsuwając nogi pod brodę. Pomyślała o Czesławie. O Władku i Michale. O tym, co też mogą robić. Odbywają jakieś spotkanie konspiracyjne? A może siedzą już w swoich kwaterach, popijając gorącą herbatę i ogrywając ojca w karty, jak za starych, dobrych czasów? Siliła się na blady uśmiech, przywołując te ciepłe obrazy rodzące się w jej głowie. Jak mogła potraktować w taki sposób Czesława? Przecież doskonale zdawała sobie sprawę, że odwiedzanie rodzin było surowo zakazane. Nie potrafiła zrozumieć swojego żalu i tego, w jaki sposób zakończyła spotkanie z własnym mężem. Poczuła, jak smętna łza spływa jej po policzku. Piekło ją pod powiekami. Nieporadnie wycierała twarz drżącymi dłońmi. Mogę już nigdy ich nie zobaczyć - pomyślała z rozpaczą - Nigdy sobie nie wybaczę tego dnia.
I zasnęła. Sen porwał ją w ciepłe objęcia, w których było przytulnie i kojąco, a Konarscy śmiali się głośno i z nią rozmawiali. 

                                                            *    *   *
Obudziła się wcześnie, drżała. Pod powiekami nadal miała obrazy, które przewinęły się w czasie jej snu. Widziała w nich męża, który zagarniał ją ramieniem, Michała chichoczącego coś do zgrabnej szatynki i Władka nieco przygaszonego i śmiertelnie poważnego.

Tacy byli i takich ich zapamiętam.

Wstała, leniwie przeciągając się na kozetce. Czekał ją ciężki dzień. Oprócz tego, że musiała pouzupełniać karty pacjentów, zgodziła się na zastąpienie ordynatora Baranowskiego na nocnym obchodzie. Janusz naginał reguły, jednak ona nie potrafiła odmawiać. Przynajmniej nie teraz; była wojna, każdy miał jakieś prawy do załatwienia, a czas był cenny na wagę złota. Pozwalała więc regulować Baranowskiemu wszystkie te sprawy, w trakcie jego pracy. 
Od siostry Józefa dowiedziała się, że z Berlina mają przysłać jakiegoś lekarza, do pomocy przy niemieckich pacjentach. Narzekała przy tym bardzo. Marysia doskonale ją rozumiała; miała świadomość tego, że był to jej szpital. Szpital, w którym leczyła SWOICH pacjentów, niezależnie, czy był nim Niemiec, czy też Polak. Przed drzwiami tej instytucji strząsało się wszelkie uprzedzenia polityczny, czy narodowościowe - po prostu się pomagało. Każdemu i bez wyjątku. Była dobrym lekarzem. Tego też była świadoma. 
- Podobno wahali się, czy nie przerzucić go na front wschodzi. Może zbyt stary jest? - głowiła się siostra Józefa, przekładając sterty ubrań, przeznaczonych na Czerwony Krzyż - Pan Bóg jeden wie, kto to taki i czy w miarę dobry człowiek.
- Zobaczymy - odrzekła lakonicznie, nie zaprzątając sobie głowy tą sprawą. Usiłowała skupić się na jednej podstawowej rzeczy - pracy. Każda wolna chwila skłaniała ją do przemyśleń nad wczorajszy dniem, tym, jak potraktowała swojego męża.

                                                                  *       *      *
Wysłany z Berlina lekarz zjawił się już wieczorem. Niepewnym krokiem kierował się w stronę gabinetu doktor Konarskiej, rozglądając na boki. Sprawiał wrażenie zbitego z tropu i nieco stropionego mężczyzny. Miał ciemne, gładko zaczesane włosy. Lodowato niebieskie oczy patrzyły smutnie przed siebie. Na plecach zarzucony miał lekarski kitel, w dłoni trzymał podręczną walizkę. 
Nie wyglądał ani zachęcająco, ani odpychająco. Nijako, wręcz.
Zapukał delikatnie do gabinetu, czekając, aż odpowie mu słabe "proszę".
Niepewnie nacisnął klamkę, czując, jak opada ona z cichym brzęknięciem. Otworzył drzwi niezbyt szeroko.
- Dzień dobry - powiedział.
- Dzień dobry.

Cisza.

- Będę tutaj..
- Wszystko wiem - przerwała cierpko Marysia, maczając stalówkę pióra w zaplamionym atramentem kałamarzu - Powiadomiono mnie o pańskim przybyciu.
- Nazywam się Otto Kirchner. Mam dzielić ten gabinet razem z panią.
- W rogu jest pańskie biurko i karty pańskich pacjentów, proszę je przejrzeć i zaznajomić się z historią chorób. Pracujemy w ciszy - dodała, dziwiąc się sobie samej, że potrafi być aż taka wredna.

Mężczyzna spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa, spuścił głowę i usiadł za swoim biurkiem. 
Czekała go trudna współpraca.

                                                          *    *  *
- No i jak? - dociekała siostra Józefa, mając za sobą  siostrę Różę, posłusznie drepczącą za przełożoną - Dobry z niego człowiek?
- Skąd mam to wiedzieć, nie rozmawiałam z nim zbyt wiele - Marysia była zmęczona ciągłymi pytaniami. Chciała odpocząć, a przybyły Niemiec tylko jej to utrudniał. Będąc u siebie czuła się spięta, czymś skrępowana. W głębi duszy onieśmielał ją życzliwością. Po południu przyniósł jej herbatę i dzielnie zniósł to "dziękuję", wypowiedziane z wielką łaską. 
- To źle. Pani doktor powinna szybko zrobić krótki wywiad. Tak dla poznaki - wyjaśniła zakonnica, uśmiechając się od ucha do ucha.
Lubiła ją, choć była dosyć ciekawską kobietą. Jednak bystrość, która wypływała z niej, sprawiała, że rosła w jej oczach. Nikt w szpitalu im. Dzieciątka Jezus nie był tak dobrze poinformowany, jak właśnie Józefa, nikt też nie mógł z taką dokładnością przewidzieć kontroli Niemców. Marysia szybko przekonała się, że poczciwa zakonnica jest niezastąpiona.
- Siostro, wszystko wyjdzie z czasem - zakończyła, posyłając jej ciepły uśmiech.

Nie jest złym człowiekiem - przyznała przed samą sobą. 

                                                       *     *    *
Po tygodniu czuła się skrajnie wyczerpana. Conocne obchody i stres związany z ukrywaniem zbiegłych żołnierzy podziemia był nie do wytrzymania. Dlatego chodziła struta i zdenerwowana, pastwiąc się nad byle pielęgniarką. Potrzebowała odpoczynku i długiego snu, jak lekarstwa. Jak może komukolwiek pomagać, skoro nie czuje się w pełni sił, by to robić?
- Dzisiaj niech pani się prześpi. Wezmę za panią nocny obchód - zaofiarował się Kirchner. Jego twarz błyszczała w świetle jarzeniowej lampki.
- Przecież pan musi zająć się niemieckim oddziałem, nie ogarnie pan aż dwóch. Poproszę o pomoc ordynatora Baranowskiego.
- Ordynator Baranowski ma pełne ręce roboty przy papierach - odparł pośpiesznie - Naprawdę, wezmę za panią ten dyżur. Proszę mi zaufać.
Spojrzała w jego niebieskie, nieco smutne oczy i od razu dostrzegła w nich prawdę. Zganiła siebie za to, że śmie w ogóle z nim rozmawiać; to niemiecki żołnierz, który może strzela do Polaków. Jednak zaraz po tej głupiej myśli, poczuła rozlewającą się sympatię do tego człowieka. Nie miał złych zamiarów, po prostu chciał utrzymać dobre stosunki. Po co mu to uniemożliwiać? Człowiek człowiekowi od zawsze wilkiem, ale postanowiła nie powtarzać błędów innych. 

Zaufać zawsze można.

I wtedy się wszystko zaczęło.
  
                                                       *        *       *
Czesław nie odwiedzał jej od ponad miesiąca. Wiedziała, że nie może, ale czuła, że mogło to być związane z tamtym dniem, który tak głęboko zarył się w jej pamięci. Teraz potrafiła odganiać natrętne myśli skaczące po jej głowie i tak upchanej różnymi sprawami, aż po same brzegi. Całe dnie spędzała w szpitalu, nie opuszczając go choćby na chwilę. W gabinecie, gdy uzupełniała karty, rozmawiała z Otto i stopniowo poznawała historię jego życia. Z nieudawaną ciekawością zasłuchiwała się w opowieści z frontu wschodniego, które - jeszcze do niedawna - przesyłał mu jej syn. Kirchner, całkiem wbrew konwenansom jego narodu, negował działanie Hitlera, przeklinał tę wojnę. Pożerała zbyt wiele istnień po obu stronach.
- Nie zabiłem ani jednego człowieka - przyznał któregoś zimowego wieczoru.

Maria początkowo nie obnosiła się ze swoimi koleżeńskimi relacjami, którymi darzyła doktora Otto Kirchnera. Bała się reakcji personelu, a zwłaszcza siostry Józefy i ordynatora Baranowskiego. Ale, jakże mogła przestać rozmawiać z tym człowiekiem, skoro mieli tyle tematów do rozmów? Czy Niemiec z Polką musi rozmawiać tylko o dzielących ich poglądów? Wcale nie. Byli idealnym przykładem takich ludzi. 
Otto dużo czytał, dlatego często rozmawiał o literaturze z Konarską. Wymieniali się tytułami, przynosili różne pozycje, zachwalali autorów. 
Marysia sama nie wiedziała, kiedy pękła między nimi ta granica nieporozumienia - widocznie była zbyt cienka i niczym nieuzasadniona, bo szybko się spoufalili. Znaleźli wspólny język. 

Stali się dla siebie przyjaciółmi, ale to było dopiero po pięciu miesiącach od przybycia Otto do Warszawy.


                                                                 *           *       *
Wiosną dostała potajemnie list od chłopców. Pisali w nim, że czują się dobrze, wszystko u nich gra, jak należy, mają świetne przydziały. Michał rozpisał odę pochwalną, na cześć niejakiej Hani Głowackiej, która - jak się wyraził - całkowicie skradła jego szalone serce. Władek pisał suche fakty, nie wspominał zbyt wiele o tym, co robi w stolicy po "pracy". To ją niepokoiło, ale jednocześnie zaspokajało. Widziała teraz tę ogromną różnicę, pomiędzy obojgiem synów - pierwszy z nich, niepoprawny romantyk, szalony młodzik, wprost opisywał swoje uczucia, nie tłumił ich w sobie. Żył chwilą. Drugi zaś, racjonalista z zasadami, nigdy nie obnosił się z emocjami, dusił je. Z dystansem podchodził do różnych spraw. Miał tajemnice i swoje tęsknoty, o których wolał nie wspominać, nawet rodzonej matce. 
- Tęsknisz? - zapytał, słysząc, jak podciągam głośno nosem i uśmiecham szeroko.
- Bardzo - odpowiada, spoglądając na niego z czułością, która miała ją później dręczyć nocami. Wtedy czuła, że zdradza Czesława, że przebywa z obcym mężczyzną więcej, niż z własnym mężem. To było dziwne.
- Ja też tęsknię. Ale to jest inna tęsknota, bo widzisz, on zginął. Na froncie wschodnim, miał zaledwie dwadzieścia trzy lata...
- Przykro mi, Otto - szepnęła, kładąc list na drewnianym blacie biurka.
- Dajmy temu spokój - odchrząknął, zginając się nad stertą papierów.

Marysia upiła łyk kawy, nie spuszczając z niego ciekawego wzroku. 

Uciął temat, a szkoda. Chciałam sobie z nim porozmawiać - pomyślała, rysując stalówką na papierze malutki kwiat.

                                                         *       *      *
Miesiące mijały, w końcu minął też rok. Czesław z chłopcami nie przychodził, trzymając się twardo wojskowego regulaminu. Czuła złość, rozdzierającą ją od wewnątrz. Tęskniła za nimi bardzo, chciała ich uściskać, ugotować dla nich obiad. Poczuć się tak jak dawniej. Chciała nawet porozmawiać o tym z Otto, ale poczuła nagłe ukłucie w żołądku. Postanowiła, że jeszcze nie czas na takie rozmowy. Z pewnością będzie miała jeszcze wiele okazji, by wypłakać się w rękaw przyjacielowi, który - w gruncie rzeczy - doskonale ją rozumiał.
Ta chwila nadeszła pewnego letniego dnia, kiedy Marysia w zasępieniu spoglądała w okno. Czuła na sobie świdrujący wzrok Otto.
- Już niebawem cię odwiedzą, obiecuję ci to - powiedział, wspierając się dłonią na zimnym blacie dębowego biurka.
- Och, Otto, to na nic.. Oni nie złamią regulaminu za nic w świecie. Dla nich ta przysięga, to jak dla nas przysięga Hipokratesa - wyjaśniła, pociągając nosem.
- Też jestem żołnierzem i rozumiem to. Nie wiem, jakie zasady obowiązują...
- Nie zagłębiajmy się w to - przerwała, spoglądając na niego załzawionymi oczyma.
Poczuła w sobie nagłą chęć zatopienia się w jego ramionach.
- Przytul mnie - szepnęła, kiedy jej głos się załamał.
I przytulił ją, niemalże natychmiast. Trzymał tę kruchą kobietę w swoich ramionach, niczym skarb, odnaleziony na bezludnej wyspie. Chciał być przy niej przez długi czas, ale po chwili ze zmieszaniem wyślizgnęła się z czułych objęć.
- Przepraszam - szepnęła, nerwowo pocierając skroń - Poczułam się gorzej..
- W porządku.. - odparł, siadając przy swoim biurku. Zmarszczył brwi, sięgając po skoroszyt, pełen pożółkłych kartek.

Zapanowała nieprzyjemna cisza, która wypełniała każdy jeden kąt pomieszczenia. 

- Żałujesz? - jego głos zadrżał, czuł łomotanie serca w piersi. Pot spłynął mu po karku wąskim strumieniem.
Odpowiedziała mu cisza, ale tylko chwilowa, bo zaraz potem zauważył, jak jej wargi mimowolnie drgnęły, a usta wyartykułowały:
- Nie żałuję.

Serce dudniło mu w piersiach jeszcze głośniej. Spojrzał na nią z tęsknotą, chciał podejść, tak bardzo chciał złożyć na jej ustach miękki pocałunek, ale wiedział, że byłoby to niegodziwe. Miała męża, miała rodzinę. Jestem dla niej tylko przyjacielem - powtarzał sobie cały czas w ciągu dnia, niczym mantrę - Nie będę burzył tego, co jest w jej świecie. 

Nie zdawał sobie sprawy, że powoli staje się jego częścią.

                                                                *        *     *
Długie noce, spędzane na szpitalnej kozetce, wykorzystywała na rozmyślania, ale nie o synach i o mężu, ale o Otto. O ich relacji. Zdawała sobie sprawę, że to więcej niż niepoprawne - zajmować się jakimś obcym mężczyzną, w dodatku będąc mężatką. I to jeszcze z niemieckim mężczyzną. Było to dziwne, przyznawała się z tym przed samą sobą. Nie potrafiła jednak myśleć o ludziach, którzy żyli tylko w jej wspomnieniach, na zdjęciach. Z Czesławem nie widziała się od ponad roku, a z chłopcami około pięciu lat. Nic więc dziwnego, że wolała absorbować obcego mężczyznę, niż osoby, z którymi nie miała kontaktu. A to, co działo się między nią, a Otto, było głęboką relacją. 
Przyjacielską - dodała pośpiesznie w myślach, czując, jak szpitalny kitel przylega do niej od potu. Na samą myśl o tym, co wyprawia, oblewała ją gorąca fala. Zdradzam Czesława, czy nie? - zadawała sobie to pytanie wielokrotnie, ale którejś nocy zrozumiała, że to pytanie retoryczne, na które nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Z jednej strony, pomiędzy nią, a Otto nie działo się nic poważnego, wartego tych wszystkich wątpliwości i rozterek, ale z drugiej strony wiedziała, że ten człowiek pochłania każdą jedną chwilę jej czasu. 
W ciągu dnia, kiedy przemierzała szpitalne korytarze, czuła na sobie ciekawskie spojrzenia personelu i uważny, niemal karcący wzrok siostry Józefy, kiedy kierowała się na czternastkę w towarzystwie Otto. Nie potrafiła odstawiać tej całej szopki. 
- Nie boisz się? - spytał, kiedy szliśmy na dół, do portierni, by odebrać przesyłkę z PCK dla ubogich pacjentów bez rodziny.
- Czego mam się bać? - odpowiedziała.
- Tego, że obnosisz się przy ludziach w towarzystwie niemieckiego żołnierza i lekarza.
Kiedyś odpowiedziałaby na to pytanie inaczej, ale teraz, bez żadnego wahania odparła:
- Nie, nie boję się tego. 

                                                      *            *            *
- Niech pani doktor z tym skończy! - wrzasnęła siostra Józefa, tracąc nad sobą kontrolę. Wpadła do gabinetu bez pukania, jakby chciała przyłapać mnie na gorącym uczynku. Przypatrywała mi się gniewnie, chcąc zbudzić we mnie poczucie winy.
- O co siostrze chodzi? - poczuła jak do głowy uderza jej krew, serce waliło w piersiach, jak po intensywnym wysiłku.
- O co siostrze chodzi?! - powtórzyła zakonnica - Jak o co mi chodzi, jak nie o tego niemieckiego lekarza! To niepoprawne, żeby tak pani doktor się z nim szlajała przy pacjentach. Oni gadają i nie przestaną, dopóki pani nie skończy zadawać się z tym.. Kirchnerem.
- Siostro - zaczęła ostrzegawczo Maria, wyciągając w jej stronę palec wskazujący - Proszę się opanować i nie prosić mnie o coś tak niedorzecznego.
- Zrobi pani, jak uważa za słuszne - pisnęła, wysuwając się cicho z pokoju.

Maria nie potrafiła pozbierać swoich myśli. To wszystko działo się za szybko. Nagle uderzyła do jej głowy pewna myśl, dotycząca tego, że prowadzi podwójne życie.

                                                              *           *         *
- Wszystko w porządku, Marysiu? - spytał.
Nic nie jest w porządku - odpowiedziała w myślach, pocierając nerwowo skronie - Absolutnie nic! Muszę drogo płacić za naszą przyjaźń. Ciebie oczywiście nic to nie dotyczy, bo nie musisz martwić się tym, że któryś z Niemców oskarży cię o to, że zadajesz się z Polką. Ale, widzisz, ja muszę uważać, bo w moim przypadku jest dokładnie odwrotnie! 
- Tak, tak - skłamała - Jestem tylko trochę zmęczona.
- Powinnaś odpocząć, Marysiu. Zdecydowanie za bardzo jesteś uprzejma dla ordynatora Baranowskiego. Kiedy on odpłaci ci nocnymi obchodami za twoje niekończące się przysługi?
- Nie wiem, Otto - odparła, nie bardzo zastanawiając się nad tym problemem. 
- Gdybyś kiedykolwiek miała jakiś problem, coś, co cię gryzie od wewnątrz, porozmawiajmy... - jego głos był spokojny, działał na jej uszy jak balsam. 
- Oczywiście - dudnienie serca i szybsze krążenie krwi.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Tortury

"Nic się nie zmieniło.
Ciało jest bolesne,
jeść musi i oddychać powietrzem i spać,
ma cienką skórę, a tuż pod nią krew,
ma spory zasób zębów i paznokci,
kości jego łamliwe, stawy rozciągliwe,
W torturach jest to wszystko brane pod uwagę"
                                                                                                    - Wisława Szymborska, "Tortury"

Znajduję się w zatęchłej, ciemnej celi, odizolowana od świata zewnętrznego, upchnięta w jeden kąt, niczym pies, cała opuchnięta i posiniaczona. Z lewego kącika ust cieknie mi wąska strużka krwi, tak ciepła, że aż rozgrzewająca; to boli, ale jednocześnie grzeje. I jest mi dobrze, dopóki ona spływa mi po brodzie i skapuje na zimną, więzienną podłogę.
Przede mną, na krześle, siedzi człowiek, o potężnych gabarytach. Dłubie zapałką w próchniejącym zębie i patrzy na mnie beznamiętnym wzrokiem. Obojętnym. 
- Powiesz coś, doktorko? - powtarza już kolejny raz, a to pytanie dźwięczy mi w uszach i powoduje, że krew w żyłach krąży szybciej i słyszę bicie swojego serca.

Boje się. Najnormalniej w świecie się boję, tego spokojnego tonu, tego pytania. Boje się mojej odpowiedzi i swojego milczenia. 

- No cóż... - wzdycha ciężko, sięgając po gumową pałkę. Wygina ją w dłoniach na prawo i lewo, a ja już się trzęsę, wstrząsają mną najokropniejsze spazmy. Chcę sięgnąć dłońmi do uszu, by je zakryć i nie słyszeć własnego krzyku, chcę też zamknąć oczy, ale posiniałe powieki tak okropnie pieką, że nie jestem w stanie tego zrobić. 

Moje ciało płacze.

Widzę, jak robi zamach. Potem czuję, jak ta gumowa pałka ląduje z głuchym odgłosem na moich plecach. Spadam ze stołka. Wymiotuję krwią. Duszę się. 

Boże, chcę umrzeć.

                                                                               *     *     *
"Ciało wije, szarpie i wyrywa,
ścięte z nóg pada, podkurcza kolana,
sinieje, puchnie, ślini się i broczy"

Kiedy przytomnieje, pod nos podstawia mi lustro. Chwyta moją opuchniętą twarz i gwałtownie wykręca w stronę lustrzanej powierzchni.
Nie widzę swoich rysów pod grubą powłoką opuchlizny, sińców i strupów. Oczy mam tak głęboko zapuchnięte, niemalże niewidoczne. Wargi nabrzmiałe, fioletowe. We włosach skrzepłą krew i ogromny guz, sterczący niczym kikut. Wyję, ale nie z bólu; raczej z bezsilności ludzkiej. 

Nikt nie miał prawa tak mnie sponiewierać.

W którą stronę zmierza ten świat? Co dzieje się z ludźmi, że tyle w nich okrucieństwa, zezwierzęcenia, podłości, braku jakiegokolwiek poszanowania bliźniego? Kto, pytam, daje im pozwolenie na wymierzanie drugiemu kar, a nawet śmierci? 
Jest wojna. Trwa wojna, w której łamane są "reguły gry" i wraz z nimi prawa cywili. Nikt nie mówił, że będą ginęli ludzie nieuwikłani w tę politykę, ci, którzy nie skaczą z bronią, ale chcą żyć, tak jak dawniej. 

Spoglądam w oczy mojego oprawcy i widzę w nich zawzięcie, jakąś nieprawdopodobną hardość. Dostrzegam niczym nieuzasadnioną nienawiść, która skłania go do wymierzania kolejnych batów, sięgania po gumową pałkę.

- Myślisz, że bez ciebie nie poradzimy sobie w rozwiązaniu tej sprawy? Mylisz się, kobieto. Jesteś w ogromnym błędzie, a przecież masz wykształcenie.

Gardzę nim. To mnie trochę przeraża, bo zaczynam zniżać się do jego poziomu, myślę podobnie jak on, gdzieś w zalążku. Jednak ta pogarda jest nieco inna niż ta, którą on wymierza we mnie. 

Jesteś obrazą Boga, obrazą człowieczeństwa.

                                                                                   *         *        *
Nazajutrz, kiedy po ciężkim przesłuchaniu padam na zimną podłogę od razu zasypiam. Budzą mnie dopiero pokrzykiwania esesmanów i huki wystrzałów na placu apelowym. A więc to już koniec? Koniec mojego cierpienia? - myślę, uważając to, co właśnie rozgrywa się w okół mnie za swoiste błogosławieństwo. Przestanę cierpieć. Moje ciało się lekko skurczy i przestanę odczuwać ten piekielny ból. A moi synowie.

Tylko, że oni nie nadchodzą. Słyszę stukot oficerek na korytarzu, nadal słyszę wystrzały, po chwili włącza się alarm. Czyżby o mnie zapomnieli?

Zasnę.

                                                               *            *         *
- Mamo?
Powoli otwieram opuchnięte powieki. Gwałtownie łapię ostrość, promienie słoneczne kują. Widzę niewyraźne kontury mężczyzny, jednak jeszcze nie potrafię ocenić, kim on jest. Ale ten głos. Dziwnie znajomy. Nawet bardzo. Czy ja śnię?
Przed sobą mam Władka. Mojego synka.
- Władziu! - piszczę, a mój głos załamuje się.
- Nic nie mów, mamuś. Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna.

Jesteśmy bezpieczni.





środa, 28 sierpnia 2013

Raz, dwa, trzy


Raz dwa trzy
widzę ja, widzisz ty
patrzy na nas całe miasto
sercu w sercu jest zbyt ciasno


Umówiłem się z nią na dziewiątą. Tak, jak śpiewają w tej piosence. Pamiętam te nerwowe przygotowania do wyjścia - wybór odpowiedniej koszuli, zawiązania krawatu (i opanowanie drżenia rąk), później tylko wypastowanie budów. Po kwiaty skoczyłem do najbliższej kwiaciarni, należały się jej najpiękniejsze róże, tak długo się nie widzieliśmy. Obmyślałem milion scen tego spotkania, przez moją głowę przesuwały się setki słów, które miałyby wyrazić moją tęsknotę za nią i radość, z powodu tego spotkania. Pomimo tego, że dokładnie ułożyłem cały scenariusz i tak stało się nie po mojej myśli. 
W restauracji Marysi nie było. Czekałem, nerwowo bębniąc palcami, przyciągając zaciekawione spojrzenia ludzi. Zamówiłem wodę, która za niedługo wylądowała na bieluteńkim restauracyjnym obrusie. Zawstydziłem się. Miałem ochotę nawet wybiec, zapomnieć o całym spotkaniu, ale... cóż. Nie miałem jak, bo zaraz po tym, kiedy w mojej głowie zrodziła się ta idiotyczna myśl, z drzwi wyskoczyła Marysia, prując w moją stronę.
To głupie porównanie, ale biegła, jak spłoszona sarna w zarośla. Wyhamowała gwałtownie i przepraszającym tonem rzuciła:
- Przepraszam, Otto. Przepraszam, kochany. Zapomniałam o naszym spotkaniu!
- Nic się nie stało - uspokoiłem ją, odsuwając krzesło - Najważniejsze, że dotarłaś.
Przyćmiewała urodą. Gapiłem się na nią, jak uczeń na najpiękniejszą dziewczynę w klasie. Nawet - tak, jestem głupcem - nie zaproponowałem jej zamówienia czegokolwiek. Po prostu lustrowałem ją wzrokiem, nie lubieżnym, zaznaczę, ale znaczącym. Zaabsorbowała mnie całkowicie.
- Otto, czy wszystko w porządku? - spytała, siląc się na poważną minę. Po twarzy Marysi błąkał się tajemniczy uśmieszek. 
Ludzie już wiedzieli, kogo można bezceremonialnie obserwować, bo jest tego wart - byłem tą osobą ja, idiota, który niezdarnie usiłował wręczyć kobiecie kartę menu. 
- Proszę - powiedziałem.
- Dziękuję - Marysia zagłębiła się w lekturze dań, które oferowała restauracja. Grubo przed tym wypadem poszukiwałem najlepszych warszawskich restauracji z renomą. W końcu natrafiłem na "Kryształową", cieszącą się uznaniem jeszcze w czasie okupacji. 
- Te ceny.. 
- Na nie nie patrz - wyjaśniłem pośpiesznie - Po prostu wybierz to, na co masz ochotę.
- Och, Otto, ale ja naprawdę tu nic nie zjem.. Nie mogę tak po prostu pałaszować sobie dania, które jest tyle warte.
- Nie dasz się namówić? - spytałem ją, posyłając jej błagalne spojrzenie. Zależało mi, by tu zjadła. Chciałem jej zaimponować, że tak, owszem, stać mnie, bo zarabiam. 
- Wyjdźmy na dwór - zaproponowała, wstając od stołu.

Jak sobie życzysz, Marysiu - mruknęłam w myślach, sięgając po marynarkę. 

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

                                                                              *          *        *
Giną sny
raz, dwa, trzy
ślepa ja, ślepy ty
już nie patrzy na nas miasto
w sercu nie jest już za ciasno

Kierujemy się wąską uliczką przed siebie. Marysia wsuwa swoje ramię pod moje i opiera swoją głowę o moją. Idziemy powoli, lekko do siebie przyciśnięci. Na ulicy zapalają się lampy, ludzie pośpiesznie kierują się w stronę domów, a my spacerujemy. Już nikt nie patrzy na nas z zainteresowaniem, każdy zajmuje się sobą i troszczy się o siebie; o to, by dzieci na kolację dostały gorące mleko i by zdążyć na nocne wydanie dziennika. Nas to nie interesuje. My się tym nie zajmujemy.
- Chciałbyś mi coś powiedzieć?
- Nie - odpowiadam z tajemniczym uśmieszkiem - Nie chciałbym.

- O ty draniu! Nawet tego, że mnie kochasz?! - rzuciła  oskarżycielsko, zatrzymując mnie.
- No.. ostatecznie - droczyłem się z nią dalej, uwielbiałem te nasze żartobliwe sprzeczki, one niesamowicie rozluźniały atmosferę.
- A może masz mi coś do.. ofiarowania? -  kusiła dalej. 

Skąd wiedziała, że w kieszeni mam wetknięte maleńkie pudełeczko, z błyszczącym pierścionkiem?! 

Ewidentnie ta kobieta czytała mi w myślach. Wcale nie miałem jej tego za złe. 

                                                                             *      *    *
Kwitną bzy
tańczę ja, tańczysz ty
raz, dwa, trzy..

Zaczynałem się denerwować. Marysia mnie rozgryzła. No bo, po co byłaby ta cała szopka ze spotkaniem, skoro każde z nas miało swoją pracę, cogodzinne obchody w szpitalu? Musiała się tego domyślić. Szeptałem jej słówka konspiracyjnym tonem, dbałem o to, by zbytnio nie przyglądała się mojemu strojowi, bo mogłaby zauważyć malutkie uwypuklenie w kieszeni. Nie mógłbym wybaczyć sobie tej kompromitacji. To miała być niespodzianka. Absolutne zaskoczenie. Niesamowita, spontaniczna radość, a nie sztuczny, zapowiedziany uśmiech.
Po godzinie plątania się warszawskimi uliczkami tak szybko, jak to mi do głowy przyszło, uklęknąłem. Jak wariat, na środku ulicy, nerwowo wyszukałem pudełeczka, otworzyłem go i szepcąc drżącym głosem wypowiedziałem:
- Czy wyjdziesz za mnie?
I ta odpowiedź miała być przy mnie w najgorszych chwilach mojego życia, kiedy mój świat, kawałek po kawałku się walił, kiedy moje problemy zaczynały mnie przytłaczać, a jedyną pociechą była ukochana twarz, tkwiąca nieustannie w sercu mojej duszy. Moja melodia. Moja muzyka.
Marysia wpatrywała się we mnie załzawionymi oczyma, cały czas trzymając otwartą dłoń blisko ust. Nie wierzyła w cały ten spektakl, w związku z tym niczego się nie domyślała. Na to przynajmniej wyglądało. Jej twarz, pulsująca teraz milionem emocji, błyszczała w świetle czerwcowego księżyca. 
- Tak.. - odparła szybko, przytulając się do mnie.
Była blisko mnie, zgodziła się poślubić takiego starego pryka, dlatego nie miałem się czym denerwować. Wygrałem miłość. 


To lepiej niż w totolotka. 


- Zatańczymy? - zapytałem, nie czekając nawet na odpowiedź. Ująłem delikatnie jej drobne dłonie i zacząłem obracać się z ukochaną w okół własnej osi. Muzyka grała nam w sercach, każdemu z nas dobrze znana, przyprawiała o zawroty głowy i porywała w szaleńczy taniec. Nie mam wątpliwości, że byliśmy wtedy najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. Znaczy się pod księżycem, w gwoli ścisłości. 
- Dobrze tańczysz - rzuciła wesoło.
- Nie tak dobrze jak ty - odparłem, przyciskając dłoń do jej talii.

Nic więcej się nie liczyło.

Tańczylibyśmy wtedy tak do rana, ale oboje zaczynaliśmy poranny obchód. Musieliśmy przywitać pacjentów, wyglądając jak trzeba. A ciężko byłoby o taki wygląd, tańcząc szalenie do białego rana, dlatego musieliśmy się rozstać.
- Odprowadzę cię - zaofiarowałem się, jak przystoi na prawdziwego dżentelmena.
- Daj spokój, pójdę sama. Przemyślę jeszcze kilka spraw. Powspominam dzisiejszy dzień.. Dobranoc, Otto.

Pamiętam, że jej perfumy lekko załaskotały mnie w czubek nosa i tak bardzo chciałem poczuć je na jej szyi. Ale ona biegła już w stronę tramwaju, który ze zgrzytem zatrzymał się na przystanku. Wskoczywszy do niego, pomachała w moją stronę. 

Miałem wszystko.

                                                                         *         *       *
Raz, dwa, trzy
jestem ja i nikt
cisza, cisza przypomina
że ty byłaś,
a cię nie ma

Zbudziłem się gwałtownie. Miałem sen i doskonale widziałem go pod powiekami. Ten obraz. W uszach dzwonił mi tramwaj piętnastka, choć leżałem w domu pod grubą kołdrą. Obróciłem się na drugie ramie, by sięgnąć w jej stronę, ale jej już przecież nie było.

Od dziesięciu lat. 

To przyszło tak nagle, spadło na mnie, jak grom z jasnego nieba. Wszystko zaczynało się cudownie układać i wtedy to się stało; tętniak mózgu. Cicha śmierć. Najważniejsze z tego wszystkiego, że jej nie bolało. Moje kochanie nie bardzo cierpiało. I to się liczyło. Dopiero było raz, a już nadeszło trzy. I cholernie bolało, bo aż trzy lata; całe trzy lata rosnącej beznadziei, żadnej szansy na lepsze jutro. Świadomości, że jej koniec, to mój koniec. Całe trzy lata życia, a właściwie nie-życia. Lawirowania, gdzieś pomiędzy bytem, a niebytem. 
Jednak życie nie jest tak okrutne, by męczyć nas do końca swoich dni. Po braku zrozumienia, nadchodzi w końcu akceptacja. Swego rodzaju katharsis. I ja je właśnie osiągnąłem;  w wieku siedemdziesięciu lat.

Ona była i jest cały czas - pomyślałem. 

Nadeszła pora, by zacząć kolejny dzień. 

Obserwatorzy