Świstokliki

sobota, 21 września 2013

Układ

Ludzie lubią komplikować sobie życie, jakby już samo w sobie nie było wystarczająco skomplikowane

                    - Carlos Ruiz Zafón


Październik, 1946 rok.

 Żyję. 
Żyję ja i Jaś. To jest najważniejsze. I tylko to się liczy - szepcę w jej stronę, a mój wzrok przebija ją na wylot. Wyglądam bowiem, jakbym chciała objawić przed nią najczarniejszą prawdę - jakbym chciała jej uświadomić, że jestem w stanie zrobić wszystko. Wszystko, co jest w stanie sobie wyobrazić. Wszystko, co domniema. 
Co ją dręczy i nie daje jej spokoju.

- Nie myśl o mnie źle, Celinko - kończę, gładząc wierzch jej dłoni - Tylko o to cię proszę.

                                                            
                                                                  *          *        *
Maj, 1942 rok.

Milczę, choć chciałabym wykrzyczeć prawdę. Tak wiele wiem. Mogłabym powiedzieć wszystko, nawet chcę to powiedzieć, nie mogę być przecież taką egoistką - rozmyślam w czterech ścianach celi - Przecież mam dziecko. Powinnam o nie walczyć. 
Przysięgałam. Bogu, Ojczyźnie, później Jankowi i samej sobie. Nie mogę się przyznać do niczego. Nie mogę powiedzieć niczego, nie mogę powiedzieć po co jechałam do Berlina, jakie miałam kontakty.
Głuchy trzask kluczy, stuk oficerek. Pewnie znowu zabiorą mnie na przesłuchanie, może teraz kopną  i zadadzą śmiercionośny cios maleństwu - drżę ze strachu, chcę jęknąć, ale nie mam na to sił. Jestem za słaba.
- Jak się pani czuje?
Podnoszę niepewny wzrok i widzę Rainera. 
Odchrząkam.
- Nie najlepiej. Rozumiem.
Nie odpowiadam.
- Ja mogę sprawić, że będzie pani naprawdę dobrze. Pani i pani dziecku.
Nie wątpię - sarkam w myślach. Ten człowiek przyprawia mnie o dziki gniew. 
- Musi się pani zgodzić na ten układ, jeżeli pani chce, by dziecko przeżyło.

Ma mnie w garści. I od tego się to wszystko zaczyna.

piątek, 13 września 2013

"Zegnij kolana i upadnij, zapłacz, zrozum, że czasem warto"

Nigdy nie powinnam Ci tego mówić.

Staliśmy przed domem, w pewien zimowy poranek. Mróz ścinał lodowatym uściskiem oboje z nas, przytupywaliśmy nerwowo na oblodzonej ziemi. Patrzyłam mu w oczy, które były teraz pełne pytań, w oczy żądne odpowiedzi.

Jakiejkolwiek.

A ja nie potrafiłam. Po prostu nie potrafiłam powiedzieć mu tego, co tkwiło we mnie od kilku tygodni i nie pozwalało normalnie funkcjonować. Czegoś, co obezwładniało mnie, ilekroć próbowałam o tym myśleć więcej. TO pożerało mnie. Sama świadomość noszenia tej niewygodnej myśli była dla mnie nieprawdopodobnym ciężarem. Ja cierpiałam przez niego, a on cierpiał przeze mnie.
Odchrząknęłam. Nie odruchowo, ale przemyślanie. Ta cisza zabierała mi jego z każdą sekundą. Teraz. Teraz musiałam zawalczyć.

- Jak mam zacząć..?

Najlepiej od początku, idiotko!

- Powiedz cokolwiek - uciął.

Cokolwiek? To może opowiem ci o parku. O tym, że za niedługo przyjdzie wiosna i wszystkie drzewa znajdujące się w alejce rozkwitną soczystą zielenią, niemiłosiernie kującą w oczy. O tym mam mówić? A może jednak powinnam powiedzieć prawdę? Że jest wojna, a ja nie potrafię siedzieć zamknięta pod kluczem, niczym prosie idące do uboju. Dosadnie ujęte, ale prawdziwe.

- Nie chcę dalej gnieść się w jakiejś zatęchłej piwnicy i trząść się  z zimna przy knocie świeczki - wyjaśniłam.
- Musisz.

/c.d.n/

Obserwatorzy