Świstokliki

środa, 24 lipca 2013

I oby nie zachłysnąć się muzyką..



Lato, 1946 roku


Nie mogę się doczekać, aż wezmę cię na parkiet, dobrze wyglądającą
Gorącą, jak piec
Auć, poparzyłem się, ale musiałem dotknąć
Ognista i tylko moja


Celina
*
Dzień jest ciężki od upału, jak ołów. Ponad głowami tańczących pobrzękują muchy, natrętnie kręcąc się wokół przybyłych. Jest lipiec, psy poszczekują, a koty wylegują się leniwie na gankach, spokojnie liżąc miękką sierść. Konie parskają energicznie, ryjąc kopytami w zimie, przeoraną głębokimi pęknięciami, suchą od upału.
Muzyka gra, a ludzie tańczą. Tańczą, wpatrując się w cekiny błyszczących oczu, posyłając zalotne spojrzenia i uwodzicielskie uśmiechy. Spódnice pań omiatają delikatnie podłogę sceny, buty panów cichutko stukają, wygrywając jakieś nieznane takty.
W najlepsze trwa sobotni dancing, ściągający miejscowych i obcych do Otwocka, pulsującego muzyką i feerią barw kobiecych strojów.
Pośród tańczących par, znajduje się ta jedna, która wpatruje się w siebie bez słowa, bez cienia uśmiechu. Spocone dłonie ściskają talię kobiety, która nieśmiało wpatruje się w oczy mężczyzny, tego mężczyzny, który pozwala sobie dusić ją uściskiem i jednocześnie pieścić. Minęło przecież tyle miesięcy.. Miesięcy w których czuła niepewność i jednocześnie ulgę. Spokój, bo nie  było przy niej niego – tego, który w jednej chwili dawał jej niebo, a w drugiej piekło.
Teraz czuje czyściec –  odpokutowuje karę doczesną, będąc tutaj, na tej otwockiej scenie i znosząc te dwuznacznie spojrzenia.
Muzykanci zmieniają repertuar na nieco żywszy. Fala ludzkich ciał ociera się o siebie, bujając w swingowym rytmie. Czuć Amerykę, słodkie lata trzydzieste, piękne blondynki z lizakami w ustach.
Ona tańczy. Zapomina o wszystkim i wygina swoje ciało na wszystkie strony, gnając za rytmem, za kolejnym taktem. Nogi. Nogi drgają już jak u staruszki i w końcu czuje, że runie na niego jak długa, już leci, a on ją łapie. Stoi na czubkach palców, przechylona do przodu, a on wygięty do tyłu. Wygląda to tak, jakby ktoś zatrzymał film, by przyjrzeć się tej uroczej scenie intensywniej.
- Przepraszam – mówi, opadając lekko na pięty.
Ktoś posyła jej szeroki uśmiech i dalej zagarnie ją ramieniem, porywając w takt muzyki. Fryzurę ma już zburzoną; niesforne loki otulają jej dziewczęcą twarz, dodając wdzięku.
Robi się chłodno – szeptają panie, do uszu swoich partnerów.
Celina tego nie czuje.  Jest jej gorąco. Ciepło wypełnia każdy milimetr jej ciała.
Od jazzu powietrze znowu gęstnieje, atmosfera podkręca się o kilka stopni. Jest taka rozgrzana i przejęta, tak podniecona, że nie bardzo rozumie jego słowa.
- Tylko moja…

I tak długo jak mam swój garnitur i krawat
Mam zamiar zostawić to wszystko na parkiecie
A ty taka wystrojona
Pozwól, że pokażę ci coś
Wszyscy są ubrani w czerń i biel
Ma na sobie sukienkę, którą lubię
Miłość kołysze się w powietrzu

Krótka przerwa. Na to by trochę odetchnąć, upić łyk zimnego piwa, albo szampana, trochę porozmawiać. Chwila, by pocałować niepostrzeżenie dziewczynę, lub wyznać chłopakowi swoją miłość. Goście rozsiadają się przy polowych stoliczkach, znów słychać chichot, przeplatany wesołą rozmową. Otwock oszalał.

Oni oszaleli.

- Dlaczego to robisz? – pyta, przymykając oczy.
On chwilę przypatruje się jej długim rzęsom, czerwonej pomadce krwiście rozlewającej się na ustach i burgundowej sukni.
- Bo zakochałem się w kobiecie,  która niezbyt chce wracać do tego, co było.
- A ja – zaczyna – chyba zakochałam się w mężczyźnie, który niezbyt wie, czego chce.
- Wiem. Wiem czego chce.

Uścisk dłoni, stukot kobiecych obcasów.  I znowu scena. I znowu jazz. Trąbka, saksofon, trąbka. Gra miłość.

                                                                            



wtorek, 23 lipca 2013

Cisza

,,Ci się wdają w kłótnię z duszą, co czegoś nie chcą... a zrobić muszą"

W mieszkaniu unosiła się ciężka woń dymu papierosowego, nieprzyjemnie gryzącego nozdrza. Na stole piętrzyły się sterty brudnych naczyń, gdzieś w kącie tkwiła brudna koszula, krzycząca niemo o ratunek. Ewidentnie temu domu brakowało kobiecej ręki. To niegdyś przytulne gniazdko, zamieniło się w spelunkę człowieka, który mimowolnie staczał się na samo dno. Wzrokiem poszukiwała kieliszka i pięćdziesiątki, które dopełniłyby całości wnętrza. I wreszcie dostrzegła flaszkę – wetkniętą za nogę stołu, skrzętnie ukrytą wśród bałaganu, zajmującego każdy jeden centymetr pomieszczenia. Usiłowała trzymać się mimo wszystko. Znajdowała się tu, na tym padole łez, który jeszcze dwa dni temu uchodził za urocze miejsca młodego małżeństwa, teraz zaś wyglądał jak melina rasowej moczymordy. Twój syn ma gorszy dzień  - tłumaczyła w myślach – No.. gorsze dni, po prostu – poprawiła  – Zdarzają się takie dni, jak właśnie ten. Jeszcze nie raz zobaczysz ten w dom w takim stanie – pocieszała się.
Oniemiała widokiem, który roztaczał się wokół niej, zupełnie zapomniała o synu, którego jeszcze nie zdążyła przywitać. Miała ochotę sprać go po mordzie i odprawić po Wiktorię, jednak wiedziała, że to niczego nie załatwi.
Cicho zajrzała do sypialni, w której na łóżku, zwalony jak kłoda, chrapał jej pierworodny – Władysław. Tego było już za wiele!
- Budź się, degeneracie! – wrzasnęła, zrywając z opitego cielska kołdrę. Mężczyzna z niesmakiem mlasnął, manipulując rękoma w poszukiwaniu okrycia. Wyglądał komicznie młócąc rękoma na prawo i lewo. W końcu Maria z całej siły cisnęła w syna poduszką, która z plaśnięciem zatrzymała się na zalanej twarzy mężczyzny. Tamten jeszcze coś bulgotał, usiłując wyartykułował choćby słowo. W końcu, z energią godną żbika, zerwał z siebie poduszkę, podniósł się i wlepił nienawistny wzrok w matkę.
- Czego tu szukasz? – wymamrotał, chwiejąc się na materacu.
Patrzyła na jego zarośniętą twarz, czerwony nos, który sterczał, niczym wetknięta marchew.
- Co ty wyrabiasz! – rzuciła groźnie – W ciągu dwóch dni doprowadziłeś ten dom do meliny! Nawet nie wiesz, ile kosztowało mnie kupno mieszkania w samym centrum! Przechlałeś wszystkie pieniądze swojego ojca! – jeżeli jesteście w stanie wyobrazić sobie kipiący wulkan, to wiedzcie, że właśnie tak wyglądała w tym czasie doktor Konarska; stała się wulkanem emocji, nie potrafiącym nad sobą zapanować.
- Dość tego! – warknął, podnosząc się na nogi. Posuwając się tropem węża zatrzymał się przed półką, z której wyciągnął pożółkły zeszyt. Otworzył go w środku, posuwając matce pod nos. Wewnątrz notatnika tkwiły banknoty.
- Patrz sobie, no, patrz do woli! Nie jestem ostatnią świnią, która marnotrawi czyjeś pieniądze! – bronił się, wyrzucając z siebie słowa z nieprawdopodobną prędkością – Chlam za swoje! – rzucił, jakby chciał przypomnieć osłabionej matce, że jest naprawdę pijany i rozmowa z nim w takim stanie nie ma większego sensu.
- Uspokój się! – zdołała z siebie wydusić.
Maria wpatrywała się w pieniądze, które pozostawił dla niego ojciec. Była więcej niż pewna, że Władek w przypływie beznadziei i załamania rozpuścił całą kwotę. Przeniosła na niego bezradny wzrok, po czym wydukała.
- Przepraszam. Nie powinnam była cię posądzać.
Władek jedynie pokiwał głową, nic nie robiąc sobie ze skruchy matki. Ona zawsze interweniowała w najmniej korzystnym momencie.
- Skoro już zrobiłaś wywiad środowiskowy, mamusiu, to możesz odejść – powiedział, sięgając po kratkowaną koszulę. Widać było, że powoli dochodzi do siebie. Zaczerwienie zdało się zejść z nosa, a błądzący wzrok wreszcie był w stanie spocząć w jednym, obranym przezeń punkcie.
- Nie, synu – powiedziała chłodnie – Musimy porozmawiać.
- Czy tego właśnie nie robimy?
- Kłócimy się. A ja oczekuję rozmowy.
Udali się do salonu, który jako jedyny błyszczał czystością. Tutaj można było dostrzec wprawną rękę Wiktorii, dobrej gospodyni, pani domu, dbającej o swoje gniazdko. W duchu dziękowała Bogu, że jej zrezygnowany syn nie zdecydował się na przewrócenie do góry nogami tego pomieszczenia.  Usadowiwszy się w miękkim fotelu, zaczęła:
- Nie dzieje się pomiędzy wami dobrze.
- Spostrzegawcza jesteś – sarknął.
- Możesz przestać mi przerywać? Gdzie podziały się twoje dobre maniery?! – spytała z wyrzutem.
- Musiałem wypłukać je z wódką – odparł przepraszającym tonem.
- Coraz mniej podoba mi się ton, w jakim się do mnie zwracasz – oświadczyła.
- Mów dalej, proszę – zachęcił, dając upust swojej złości.
- Chcę wiedzieć – zaczęła wolno – co się wydarzyło pomiędzy Tobą a Wiktorią.
- Pokłóciliśmy się, no.. Wiktoria miała mi za złe, że spędzam zbyt dużo czasu w męskim towarzystwie. Owszem, dosyć często chadzałem do knajpy z Michałem i Bronkiem, ale chyba mi się należało?! Po pracy wstępowaliśmy na jednego.. może dwa, to wszystko! A ona wyrzucała mi, że całkowicie o niej zapominam, że ją zaniedbuje i przestaje się z nią liczyć! Właśnie przez to wyjechała… - zakończył sucho.
- I słusznie, synu. Na jej miejscu zrobiłabym dokładnie to samo – wiedziała, że tymi słowami głęboko urazi syna, ale nie miała innego wyjścia – tylko w ten sposób Władek mógłby zrozumieć, że nie tędy droga. Potrafiła być wesołą i szczęśliwą matką, radzącą swoim dzieciom, ale w nagłych, niespodziewanych okolicznościach – takich właśnie jak ta – była stanowcza i radykalna w działaniu.
- Nie odzywa się do mnie… Odeszła – Władek wyraźnie posmutniał. Maria czuła, że coraz trudniej mówi mu się o Wiktorii.
- Kolejny raz muszę się z nią zgodzić. Sam pomyśl – ile można czekać na ukochanego, ile znieść, by wytrzymać takie zachowanie? Jeżeli słowa już przestają cokolwiek znaczyć, to pozostaje tylko jedno – ucieczka. Zrozum ją, Władek! Wiktoria wystarczająco długo czekała na tego mężczyznę, którego poznała i pokochała w czasie okupacji. Najwyraźniej tamta osoba zaginęła bez wieści, jak tysiące innych żołnierzy. Władek, pozwól jej się odnaleźć. Wiktoria cię szuka, mając nadzieję, że w końcu będzie mogła przytulić się do zaginionego przed laty Konarskiego – zakończyła Maria, siląc się na blady uśmiech.
- Chyba masz rację.. – przytaknął zmęczonym głosem.
- Nie chyba, ale na pewno – zapewniła syna, przyciągając go do siebie. W jej życiu pozostał już tylko jeden mężczyzna. Ten drugi, nieobecny, czuwał gdzieś ponad nimi. A trzeci..? Trzeci odszedł, nie potrafiąc zrozumieć tego, co tak naprawdę czuła. Nie mogąc pogodzić się z uczuciami, które eksplodowały któregoś wieczoru, a wymierzone były w innego mężczyznę… Tego, który już nie jest w stanie zagarnąć jej ramieniem, pocałować.
- Pojadę po nią z samego rana – wyjaśnił Władek.
- Tylko nie przyprowadź jej do tego zabałaganionego domu. Bo ucieknie i nie wróci – zaśmiała się Marysia.
- Posprzątam, posprzątam – odrzekł, sięgając po marynarkę – Mamo, mogę na ciebie liczyć?

- Zawsze.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Cynik

Postanowiłam otworzyć dosyć oryginalny - wydaje mi się - cykl z opowiadaniami "Kim jesteś?" (niezbyt wyszukana nazwa, no cóż). Stawiam Ci wyznanie, czytelniku - Twoim zadaniem jest czytać pierwszy tekst z tego cyklu i odgadnąć kogo mam na myśli.Będę starała się troszkę "owijać w bawełnę", żeby nie było tak łatwo odgadnąć - przede wszystkim chodzi mi o nawiązanie jakiejś relacji z czytelnikiem, bo - nie będę ukrywać - nic bardziej nie cieszy autora, jak opinia czytelnika :). Mam nadzieję, że uda mi się sprostać Waszym oczekiwaniom - pomysł jest dosyć ryzykowny, a granica pomiędzy "oryginalnością" a przesadą bardzo cienka :).

W pokoju roznosił się słodkawy zapach cygaro, przyjemnie łaskoczący nozdrza. Na srebrzystej taczce spoczywała pomarańcza, cudownie iskrząca się w słońcu. Już miał zjeść owoc, kiedy w pokoju zjawił się on.
I od razu to zauważył; cyniczny uśmieszek błąkający się po ustach. Kapelusz, który bez cienia skrępowania, nie mówiąc nawet „dzień dobry” zawiesza na jednym ze stojaków. Chochliki tańczące w oczach. Chytry i przebiegły jak lis.
- Nie mogę powiedzieć, że miło mi cię widzieć – mówi, rozsiadając się w skórzanym fotelu.
- Zdobądź się choć na odrobinkę życzliwości. I szczodrości – rzuca, podchodząc do stoliczka z koniakiem.
Bez skrępowania, tego samego, które pozwalało  mu ot tak rozgościć się w gabinecie, sięgnął  po kieliszki i nalał trochę alkoholu. Podsunął mu  na biurku, po czym delektując się krótką ciszą (w której nie szczebiocze) upił mały łyk, lekko mrużąc oczy. Nie widać już było palących się chochlików, ale można było odczuć,  że rozrywają mu powieki, chcąc znowu bezczelnie tańczyć i zadziwiać. Bezwiednie obracał w dłoni kieliszek, przyglądając się płynowi, który złociście krążył w naczyniu.
- Nie podoba mi się to.
- Co? – lekkie uniesieni brwi, ten cholerny błysk w oku i nonszalanckie poluzowanie krawata – To, że goszczę się twoim koniakiem, czy raczej to, że narzucam ci swoją osobę?
- Zdecydowanie to drugie – odparł drugi, marszcząc czoło.
- Miałem nadzieję, że uda nam się polepszyć nasze relacje i zaprzyjaźnić.
- Odpuść sobie – warknięcie.
- Dzisiaj nie masz humoru.. Każdy ma gorsze dni. Wpadnę jutro. Może będziesz miał lepszy dzień?


Potem słychać tylko trzaśnięcie pięści o blat stolika. 

sobota, 20 lipca 2013

"Zagrajmy w otwarte karty!"

Drogi Czytelniku! Tekst ten powstał po pierwszej w nocy, także już na samym początku pragnę zaznaczyć, że niezbyt odpowiadam za treść; być może napisałam jakąś głupotę. Z góry przepraszam za błędy - przede wszystkim logiczne. Zapraszam do przeczytania trzeciej części opowiadania o "Mongole". Enjoy..?

Nienawidził babskich ploteczek. Nic nie irytowało go bardziej, jak wieczorne schadzki żony u jednej ze swych znajomych. Wiedział, że nie przychodzi po to, by poplotkować z największą plotkarą okolicy – Karen.
W chwilach, kiedy zostawał w domu sam zapuszczał się do starego garażu, w którym pobłyskiwała w ostrym blasku jarzeniówki sztanga, z przewieszonymi ciężarkami. Nic bardziej nie pobudzało tego mężczyzny, jak szybkie, głębokie oddechy, pot ściekający po karku w chwili, kiedy unosił ponad sobą pięćdziesięciokilową sztangę. Wówczas wyzwalała się w nim jakaś tajemnicza siła – był pewien swoich możliwości, odnajdywał motywację, chęć do dalszego działania. Nudziło go życie w prowincjonalnej mieścinie i to norweskie społeczeństwo. Był znużony ukrywaniem się  w obcym, dzikim kraju, o którym nie miał bladego pojęcia. Przy życiu – jak to często wyrażał się przy kumplach -  utrzymywała go własna domowa siłownia. Pośrodku starego garażu tkwiły przyrządy do ćwiczeń, które sam wykonywał. Pośród tych wszystkich metalowych rur z pewnością znajdował się przyrząd, którym ongiś tłukł głowę jakiegoś nieszczęśnika, który na niego trafił. Był gnojem i był tego całkowicie świadom. Tkwił w tym poczuciu beznadziei, starając się to zatuszować. Po pracy zaszywał się w ciemnym, obskurnym garażu, by móc wykrzesać z siebie ostatki sił i po raz kolejny poczuć lodowate kropelki potu, ściekające po całym ciele.
Tego wieczoru przyszedł do siłowni z jeszcze większą siłą i energią. Żwawo skoczył do sztangi i na jednej ręce uniósł trzydziestokilowy ciężarek, który raz po raz podnosił, zginając rękę w łokciu. Nie myślał o niczym innym, jak o wysiłku. O każdym jednym naprężonym mięśniu, który drżąc usiłował wytrzymać ciężar. Myślał o krwi, która jeszcze żywiej krążyła w jego żyłach. O nogach, które drżąc zdawały się lada chwila osunąć na ziemię.
Nie lubił porażek. Nawet tych najmniejszych. Wstydził się swojej bezsilności będąc nawet tu, w tym garażu, przebywając w samotności. Spuszczał bezradnie głowę za każdym razem, kiedy sztanga wyślizgnęła się ze spoconych rąk i z głuchym brzęknięciem upadała na ziemię. Porażki doprowadzały do szewskiej pasji. Wystarczył jeden nierozważny ruch, a ciężarek upadał na ziemię przyprawiając Hansa o zwierzęcą wściekłość i podły, czarny nastrój. Wracając do pokoju nie był w stanie panować nad swoimi nerwami i pastwił się nad Leą, która wróciwszy od Karen, przygotowywała się do snu.
- Wybiję ci z głowy te wieśniackie ploty! – rzucił oskarżycielsko – Jesteś moją żoną i póki żyję, póki cię utrzymuje, nie będziesz łaziła na bluje do tych swoich pieprzniętych koleżanek!
Lea była kobietą wyrozumiałą i choć miała swój charakterek, wolała przemilczeć cierpkie słowa męża niż żałować przez kolejne dni swojego niewyparzonego języka. Bolało ją to, co sądził o niej i o jej znajomych. Nie potrafił zrozumieć, że zwyczajnie nudzi się na tej prowincji – nie może przecież cały czas sterczeć przy garach i przeglądać magazyny, które i tak ledwo co rozumie. Prasy niemieckiej było tyle, co kot napłakał, a i tak sprowadzano tylko tę najtańszą (która była prasą „drugiego wyboru”).
 Bywały gorsze dni, kiedy Lea buntowała się i nie stawała za kuchenką. Przesypiała wówczas całe popołudnia siląc się na to, by przypadkiem nie otworzyć oczu i nie zdradzić się przed mężem. Udawała obłożnie chorą, zatopioną w najcięższej fazie depresji. Tymczasem miała się dobrze, a z łóżka wstawała dopiero wtedy, kiedy mąż znajdował się w robocie.
Po miasteczku nadal krążyły pomówienia, jakoby o tym, że Kriegemannowie są zbiegami niemieckimi, zbrodniarzami, które ściga polski kontrwywiad i Interpol. Na samą myśl o tym Lea drżała, zalewając się zimnymi potami. Nie potrafiła wybaczyć mężowi-sadyście tego, do czego doprowadził ją i całą jej rodzinę. Postawił nad nimi krzyżyk, skalał hańbą, która na długo miała ich potępiać.
                                                    *       *    *
Hans chodził do pracy z coraz większym przymusem. Unikał przyjacielskich pogawędek zastawiając się kiepskim samopoczuciem i chorobą. Nie mógł wiedzieć, że za plecami grupka przyjaciół zgaduje się, tłumacząc coś konspiracyjnym szeptem. Wtedy nie domyślał się najgorszego.
Pewnego dnia podszedł do niego Johan, ten, który był obok niego najbliżej. Od początku wydawało mu się, że złapie z nim najlepszy kontakt – był bawarem z pochodzenia, a więc krajanem – mieszkał niedaleko rodzinnej Austrii, Linzu.
- Mogę na słówko? – spytał Johan, pociągając lekko za łokieć Hansa.
- Naprawdę źle się czuję.. – usiłował tłumaczyć się.
- Nie zajmie mi to długo, chodź – wyjaśnił.
Udali się do pobliskiego pomieszczenia, gdzie na stole spoczywały dwa kieliszki i polska Wyborowa. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć wszystko. Nie mógł wpaść lepiej! Wreszcie go dopadli – jak mógł być tak naiwny i nie domyślić się, że polski kontrwywiad stąpa mu po piętach! Był nikim innym, jak parszywym głupcem.
- Posłuchaj, Lukas – zaczął Johan, składając dłonie – Nie będę owijał w bawełnę; wiem, co z ciebie za aparacik. Powiedzmy, że jestem w kontakcie z ludźmi, którzy szczerze zainteresowali się twoim losem.
- Kto to taki? – zapytał z nutką nadziei, ścierając odruchowo pot. Wiedział, że nie może chodzić o nikogo innego, jak o Polaków.
- Polski i londyński kontrwywiad, kolego. Zaproponowali mi niezłą sumkę za wskazanie twojej kryjówki. Cóż, grzechem byłoby rezygnować z tak pokaźnej kwoty.. Przecież żadna sztuka w wyjawieniu miejsca zamieszkania sadysty! – wrzasnął, napełniając kieliszki srebrzystą cieczą.
- Nie będę z tobą pił – uciął Hans.
- Boisz się? To już na nic. Albo będziesz ze mną ściśle współpracował i trzymał język za zębami, albo po prostu kaput, jak wy to mówicie! – zaśmiał się chrapliwie, wlewając do gardła wódkę.
- O co ci chodzi? O pieniądze, tak? Czy o jakąś żądzę zemsty? Podpadłem Ci? Byłem złym, nielojalnym kolegą? – Hans obsypał go gradem pytań. Coraz obficiej się pocił. Jego koszula nasiąkała cuchnącą wonią, przylepiała się do tuszy, która rozlewała się na niewielkim taborecie.
- Posłuchaj.. Zawsze byłeś moim dobrym kolegą. W końcu my, Austriacy, powinniśmy się trzymać razem, nie? – wyszczerzył usta w zdradzieckim uśmiechu i klepnął go po policzku.
- Nadal niezbyt rozumiem, o co ci chodzi.
- Potrzebuję pieniędzy. Na gwałt. A tak się złożyło, że te pieniądze – a nawet ich nadmiar – są w stanie dać mi pewne konstytucje. I proszę, nie tłumacz mi, że łączą nas koleżeńskie relacje. Facet, nie znam cię! – uciął – Pozwól więc na to, bym sam zadecydował o tym, czy przystanę na propozycję Londynu i Polski.
Hans nerwowo przełknął ślinę. Znajdował się w potrzasku. Nie wiedział, co ma zrobić, by zdobyć zaufanie Johana. Miał go w garści. W każdej chwili mógł wydać jego i Leę władzom. Najbardziej martwił się o żonę  - odnalazł w sobie jakiś odruch miłości. Zrozumiał, że ona nie zniosłaby tego, miała słabe serce. Dostałaby zawału już po pierwszej wizycie agenta kontrwywiadu.
- Co mam zrobić – szepnął, sięgając po papierosa.
- Cóż, sam nie wiem, czy ten układ by mi pasował.. Te pieniądze…
Musiał ją uchronić przed śmiercią.

- Posłuchaj, frajerze – zaczął groźnie Kriegemann – Albo kupię od ciebie wolność, albo zginie niewłaściwa osoba.

czwartek, 18 lipca 2013

,,What comes around goes around"

Za wszelkie błędy, a zwłaszcza literówki, przepraszam. 

Musiał wyjechać do Berlina. Zostawił w Polsce ukochaną kobietę, nie bacząc na to, jakich krzywd może dostąpić ze strony władz, które z uporem, ślad po śladzie, szukali lekarzy współpracujących ongiś z polskim podziemiem. Maria stanowiła dla nich łatwy kąsek, stąd też przez cały czas podróży bił się z myślami, czy aby na pewno postąpił roztropnie. Nie zniósłby widoku pustego mieszkania i maczku liter, pośpiesznie nabazgranych na pierwszym lepszym kawałku papieru – „nie martw się, niedługo wrócę”. Byłoby to ciosem niewyobrażalnie bolesnym, piętnującym go na całe życie – patrząc w  lustro, ze wstydem opuszczałby głowę, nie mogąc patrzeć na swoją własną twarz. Stałby się nikim; straciłby jakąkolwiek wiarę w siebie.
Dlatego w czasie podróży, kiedy pociąg z ociąganiem sapał i sunął po naoliwionych szynach, rozmyślał o tym, co też może ona robić. Może z czułością podlewa kolejne kwiaty znajdujące się w ogrodzie? Albo przygotowuje dla siebie kolację, z namaszczeniem wycierając talerzyk, na którym za chwilę położy kromkę chleba? Znał ją dość dobrze, a przez cały czas była dla niego nie odkrytą tajemnicą, otuloną jakimś potężnym nimbem – fascynowała go jako kobieta; podziwiał w niej siłę, jaka była w jej posiadaniu. Przez cały czas stanowiła  dla niego cel, który tak bardzo chciał osiągnąć. Nigdy nie uważał, że ją w jakikolwiek sposób „posiadł”, zdobył. Nawet do tego nie dążył. Zadanie, jakie sobie postawił było poważne i trudne – chciał pozostać przy niej, aż do końca swoich dni. Móc co dzień spoglądać w oczy, które były oceanem myśli, spijać z ust każde jedno słowo, które budziło go, a także usypiało.
Na jego twarzy rozlał się szeroki uśmiech. Pomimo tego, że była daleko od niego, czuł jej obecność. W plecaku, który tak pieczołowicie przygotowała na jego wyjazd, spoczywała koszula, uprzednio sprana w jej dłoniach i wyprasowana. Wszystko to, co znalazło się we wnętrzu tego podręcznego bagażu, zostało przygotowane przez nią z miłością i należytą troskliwością.
- Otto, w plecaku masz termos i kanapki – tłumaczyła, gorączkowo wycierając dłonie w fartuch – Pamiętaj, aby zjeść je w trakcie podróży; herbata szybko może wystygnąć, a kanapki zwyczajnie popsuć. Proszę cię – szepnęła, ucałowawszy jego policzek.
- Oczywiście – przytaknął, przysuwając ją do siebie i zatapiając w miękkich, luźno opadających lokach – Na mnie już czas – rzucił, sięgając po plecak.
Odszedł, posyłając jej z podwórza tęskne spojrzenia, te rodzaje spojrzeń, od których serca zakochanych kobiet zdają się pękać od tęsknoty i wyrywać z piersi. Miał na nią nieprawdopodobny wpływ. Był lekarstwem, który nie zastąpiłby żadnego z dostępnych medykamentów.
Pomachała mu na odchodnym czując, jak po bladym policzku spływa gorąca łza.

                                                       *       *     *
Berlin, pomimo wielkich zniszczeń, jakich dostąpił w czasie wojny, szybko powrócił do pierwotnego stanu. Zdawało się, że ciężkie czasy go ominęły; miasto dumnie iskrzyło się w słońcu, kusząc witrynami sklepowymi wypełnionymi słodkościami i różnymi błyskotkami. Znajdował się w miejscu, które – jak pogardliwie wyrażali się Polacy – było wylęgarnią pluskiew samego diabła. To od Berlina wszystko się zaczęło. Z przykrością spoglądał na miasto, które przed wojną było światowym ośrodkiem nauki, kultury i sztuki. Teraz Berlin kojarzył się tylko z Hitlerem, wojennym terrorem i złem koniecznym. Otto nie krył przed nikim, że kocha Berlin – to tutaj co roku wczasował z rodzicami, spotykał się z przyjaciółmi, chodził na koncerty do opery i byczył się z siostrą Gretą w parku. Z rozdartym sercem spoglądał na miasto, które musiało dźwigać ciężar przeciwności losu, pogardy i ogólnej niechęci – a przecież ono nie było niczemu winne! Nie było gorsze od innych europejskich miast, w niektórych aspektach nawet prześcigało je. Ciężko było pogodzić się z tym, co o Berlinie myśleli jego sąsiedzi, jak i inne państwa. Pomimo tego, że Berlin miał się wspaniale i wyglądał przepięknie, nie można było w nim wyczuć tej dawnej, przepełniającej go atmosfery.

To nie było to samo miejsce.

Przyjechał tutaj, by odwiedzić siostrę, która po wojennej zawierusze zdecydowała się na powrót do Niemiec. Latem 1939 roku wraz mężem i dzieckiem wyjechała do Szwajcarii. Otto pamiętał, jak usilnie błagała go o to, by im towarzyszył; bała się o jego los. Niemalże przeczuwała, że wojna – która nieuchronnie miała wybuchnąć – zmusi go do chwycenia za broń. Kochała go i nie przeżyłaby jego śmierci. Zapewniała go, że matka – Sofia – bardzo chciałaby, by trzymała brata przy sobie. Ale on był starszy i nieugięty. Nie chciał uciekać, był pewien sił Rzeszy. Był pewien Hitlera, który miał wprowadzić Niemcy w lepszą rzeczywistość. Już wkrótce miał się przekonać, jakim zimnym draniem i manipulatorem był Wielki Wódz.
Po kapitulacji Niemiec wraz z mężem i ośmioletnim już synkiem powróciła do Berlina. Jednak nie zastała tam nic, prócz wielkiej wyrwy po bombie i zburzonej kamienicy. Była to pamiątka po maju ’45. Nie mieli innego wyboru, jak wyciągnąć uciułane pieniądze i kupić niewielkie mieszkanko już nie w centrum, ale w pobliskiej dzielnicy. W ciągu czterech lat Berlin został uprzątnięty po działaniach wojennych. Powróciła jego dawna świetność.
Z adresem w ręku maszerował w stronę kamieniczki, w której znajdowało się mieszkanie państwa Grossów. Stanąwszy przed ich mieszkaniem, niepewnie zapukał, oczekując pojawienia się któregoś z członków rodziny.
U progu pojawiła się Greta. Nadal miała długie kasztanowe włosy. Włożyła na siebie szafirową sukienkę, która podkreślała jej nienaganną figurę. Była piękna.
- Otto? – zapytała słabo, jakby z lekkim niedowierzaniem, po czym rzuciła mu się na szyję, by obsypać go pocałunkami – Minęło tyle lat! Wchodź – zachęciła go, maszerując w stronę salonu i nerwowo wycierając nos.
Ich mieszkanie było urządzone gustownie, ale skromnie. Salon był największy spośród wszystkich pokoi.
- Witaj – Viktor uścisnął dłoń swojego szwagra, posyłając mu serdeczny uśmiech – Wreszcie możemy pogadać! No, Klemens, przywitaj się z wujkiem! – zachichotał.
Chłopiec posunął się niepewnie w jego stronę, z opuszczoną główką podając dygocącą dłoń.
- Krępuje się – zauważył Otto, siadając na jednym z ustawionych krzeseł.
- Nie ma czego, synu! – rzucił wesoło Viktor, zagarniając chłopca na kolana – To twój wujaszek, pewnie niezbyt go pamiętasz!
- Viktor, jak ma pamiętać! Był niemalże niemowlęciem.. – rzuciła z kuchni Greta.
- No tak. Ech, ile temu to było.. Sierpień ’39 roku. Pakowaliśmy się, na łeb, na szyję do tej Szwajcarii. Znajomy podsunął nam ten pomysł, mieszkał w dużym domu. Ileśmy się naprosili, żebyś dołączył do nas! – zaśmiał się Viktor – Nawet nie chciałeś o tym słyszeć.
- Ktoś musiał zostać – uciął smutno Otto, bawiąc się atłasową tasiemką, którą przewiązany był jego kapelusz.
- Ale po co? Tu nie było po co zostawać. Hitler sam wszystkim się zajął, zaprowadził porządek, dzielnie nami kierował.. No cóż, powinęła mu się kilka razy noga – to się zdarza nawet najlepszym! – zakończył entuzjastycznie Viktor, mierzwiąc czuprynę synka.
- Hitler? Nasz „Wielki Wódz” okazał się manipulatorem i piekielną gnidą, wysłaną przez samego szatana! – Otto przestał przebierać w słowach, kierowały nim emocje – Do czego doprowadził? Do masowej eksterminacji ludności. Bo co, nie pasował mu krzywy nos u Żyda i śniada skóra o Roma?!
- Posłuchaj – zaczął, ściągając synka z kolan – To nie była eksterminacja ludności, ale hołoty, która zagrażała nie tylko nam, ale i innym  narodom. Trzeba było wytępić tych złodziei.
- Chyba nigdy cię nie znałem, Viktor – w jego oczach zapalił się gniew, który szalał teraz jak ogień pożerający wszystko, co stanie mu  na drodze.
- E, a ty co się taki zrobiłeś? Gdzieś w ogóle był podczas tej wojny? Bo jakoś niezbyt o naszych mówisz..
- Przestańcie już! – głos Grety był stanowczy, ale i on nie potrafił uciszyć pary dyskutujących mężczyzn, usiłujących udowodnić swoje racje.
- W 1941 wysłali mnie do Polski, gdzie miałem służyć w jednym z miejskich szpitali w Warszawie. Uwierz mi, zobaczyłem tam wszystko. Jestem lekarzem i wiesz, mam pewien szacunek do życia.. – spuścił wzrok, po czym znowu utkwił w nim świdrujące spojrzenie – To, co nasi wyrabiali w tych szpitalach, jak traktowali pacjentów, bez nóg, bez rąk, tych, którzy ledwo mogli otworzyć usta.. To przechodziło jakiekolwiek pojęcie. Zrozumiałem, że Trzecia Rzesza jest tworem, który nigdy nie miał prawa istnieć. Ja rozumiem, była wojna, ale istniały jakieś podstawowe zasady humanitarne. Strzelaliśmy do jeńców wojennych. I z czego tu być dumnym, powiedz mi? Ta cała wojna..! Po co nam to było?!
Do pokoju z półmiskiem sałatki weszła Greta. Na jej twarzy rozciągał się grymas niezadowolenia. Wbiła tępy wzrok w każdego z nas i powiedziała:
- Wojna dawno się skończyła. Powinniśmy o niej zapomnieć i zacząć żyć normalnie. Skończcie tą chorą dyskusję – rzuciła oskarżycielsko.
- Masz rację – przytaknął Viktor, sięgając po talerzyk – Nie ma o co się spierać. Było, minęło. Może nie wszystko było po naszej stronie idealne, nie byliśmy kryształami, ale..
- To jest już nieważne – przerwał mu Otto, rozsiadając się w fotelu.
- Powiedz nam lepiej, jak ci się wiodło, tam, w Polsce – rzuciła z zainteresowaniem Greta, przysiadając się do męskiego towarzystwa.
- Cóż, jak już wspomniałem pracowałem w jednym z warszawskich szpitali. Na początku działałem tylko na niemieckim oddziale, zajmującym się naszymi rannymi, ale z czasem – tu zatrzymał się, robiąc znaczną pauzę, jakby wiedział, że nieuchronnie zbliża się do najważniejszego – zacząłem pomagać i polskim rannym.
- Chyba nie mówisz poważnie? – wtrącenie Viktora po raz kolejny przywołało na jego twarz gniew.
- A czy to ważne, komu się pomaga? Każdy jest człowiekiem, każdy potrzebuje pomocy…
- No tak – chrząknął, sięgając po sałatkę.
- Współpracowałem z jedną polską lekarką. Znaliśmy się jeszcze z kongresu z Davos, właściwie byliśmy przyjaciółmi.
- Byliście? – zapytała Greta, znacząco unosząc brew.
- Właściwie, to nadal jesteśmy – zakończył speszony.
Małżeństwo spojrzało po sobie, po czym utkwiło pełen zapytania wzrok w jego twarzy.
- Jesteście ze sobą.. blisko? – głos Viktora z aksamitnego tonu przeszedł na chłodny, niemalże agresywny ton.
- Tak – przytaknął Otto, unosząc głowę jeszcze wyżej – Jesteśmy ze sobą bardzo blisko, Viktorze.
- Naprawdę zakochałeś się w polskiej lekarce w czasie okupacji? –  Greta wykrzywiła usta w niemym zdziwieniu.
- To.. to nie było zależne ode mnie. To się.. tak po prostu działo. Ciężkie chwile połączyły nas razem. Wiele razem przeżyliśmy. Oboje z nas zostało dotkniętych wojną.. Oboje kogoś straciliśmy.. – zakończył, czując pod powiekami łzy. Pomyślał o synu, który zginął na froncie wschodnim. Chwilę później pomyślał też o Bercie, która w rozpaczy może teraz zapija swoje smutki i żali się, że trafiła na wyrodnego męża.
- Rozumiem. Rozumiem już teraz wszystko – ton głosu Grety zmięknął, a zdziwienie przerodziło się w radość – Cieszę się, że odnalazłeś szczęście. Bez różnicy, czy z Polką, czy bez.
- Zgadzam się z Gretą – przytaknął Viktor, odkładając talerzyk – Źle na to wszystko spojrzałem, przepraszam.
- W porządku – Otto obdarzył ich szerokim uśmiechem. Do późna siedzieli w salonie, wsłuchując się w niesamowitą historię, która przytrafiła się członkowi ich rodziny.

                                                  *      *    *
Z siostrą rozstał się nazajutrz. Podziękował obojgu za gościnę, po czym udał się na peron, oczekując na swój pociąg.
Podróż minęła mu szybko. W myślach podsumował spotkanie z rodziną siostry, które okazało się dosyć owocne; zrozumieli go. Ich serca zmiękczyły się pod wpływem historii, jaką im opowiedział. Przepełniła go radość.
W domu zjawił się późno; było grubo po dwunastej. Zdziwiło go to, że drzwi były otwarte. Przez głowę przesunęło się mnóstwo czarnych scenariuszy; wśród tych myśli pojawił się obraz funkcjonariusza UB, chwytającego za włosy ukochaną i wyprowadzającego bez słowa z domu, widział też wiele innych rzeczy, które z trudem jest się w stanie przelać na papier. Bezszelestnie wsunął się do mieszkania, zaglądając do kuchni. Nikogo w niej nie zastał. Skierował się w stronę łazienki, ale i ona ziała pustką i przepełniona była ciemnością. Dopiero w sypiali zauważył skuloną postać, odwróconą od drzwi plecami. Nie mógł być to nikt inny, jak nie Marysia.
Nie chcąc jej zbudzić, wsunął się do pokoju i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Kobieta gwałtownie się przebudziła i wyprostowała. Nawet podczas snu pozostawała czujna. Pomyślał, że  mógł to być jeden z nawyków, który pozostał jej po ciężkich chwilach wojennych. Błądząc wzrokiem w ciemnościach, natknęła się na wyraźniejszy kształt, który okazał się być jej ukochanym.
- Otto? – szepnęła.
- Jestem już, kochanie. Dlaczego nie śpisz? – spytał z tak dobrze znaną jej czułością.
- Obudziły mnie te drzwi.. – zaśmiała się krótko -  Tak się cieszę, że już jesteś. Martwiłam się.. Pomyślałam nawet, że postanowiłeś zostać w tym Berlinie..
- Co ty mówisz, Marysiu! – żachnął się Otto – W życiu nie zostawiłbym w Polsce takiej cudownej kobiety.. Cóż, nie chciałem przedłużać swojej wizyty w obawie, że ktoś mógłby zakraść się do mojej królowej -  zakończył z chichotem.
- Drań! – szepnęła mu do ucha, spychając go lekko z łóżka.
- Posłuchaj mnie, Marysiu – powiedział, a jego głos przybrał poważny ton  - Rozmawiałem długo z moją siostrą Gretą i jej mężem. O wszystkim jej opowiedziałem..
- Powiedziałeś swojej rodzinie o nas?!
- O nic się nie martw… wszystko zrozumieli. Co prawda zanieśli się zdziwieniem słysząc, że zakochałem się w czasie okupacji i to w Polce, ale.. nie możemy im mieć tego za złe. Są Niemcami.
- Tak jak i ty – zakończyła sucho.
- Tak jak i ja, ale… oni do samego końca wierzyli, że wygramy tę wojnę.
- Otto, możemy przestać o tym rozmawiać?! – wezbrał w niej gniew. Nie miała sił na prawdowanie się, kto powinien tę wojnę wygrać – gdyby doszło do takiej dyskusji, twardo trzymałaby się swojej racji, a może nawet posłała Otto na cztery wiatry. Ta kwestia pomiędzy nimi nadal była nierozstrzygnięta, a temat „Niemcy-Polska” konsekwentnie omijany.
- Masz rację, nie rozmawiajmy o tym – szepnął.
Zasnęli bardzo szybko, wtuleni w siebie. Otto zakleszczał ją w swoich ramionach, ciesząc się, że ona jest tak blisko niego. Czuł, że ma władzę – trzyma piękną kobietę w ramionach i chce ją uchronić od wszelkiego złego. Nie raz przeganiał te przygodne myśli, nie chcąc, by poniosły go w głębsze fantazje.
Najważniejsze, że ją kochał i był przy niej. Najważniejsze, że odnajdywała przy nim poczucie bezpieczeństwa. To się liczyło. I nic więcej.

                                                      *      *    *
- Czy do ciebie cokolwiek dociera?! Nie, nie przyjadę do ciebie. CO?! Chyba oszalałaś, upadłaś na głowę! Nie chcę nawet o tym słyszeć. Jeżeli posuniesz się do tego, to wiedz, że stracisz cokolwiek w moich oczach.

Trzask słuchawki.

Marysia wsłuchiwała się w każdo jedno słowo, chłonąc je gdzieś we wnętrzu. Zastanawiała się, z kim to mógł prowadzić taką ożywioną dyskusję. Czuła nieokreśloną wściekłość. A może wynikała ona z ostatnich słów – „stracisz COKOLWIEK w moich oczach”. Więc ktoś jeszcze coś dla niego znaczył? Zapewne była to kobieta.. Kobieta z którą był blisko kiedyś związany. Łudziła się, że może przyczepiła się do niego jakaś wariatka, niewiasta, która uroiła sobie kto wie co. Zaraz po tej myśli zganiła się w myślach; po co tak kombinować? Może faktycznie on kogoś ma i chce się nagle od tego kogoś odciąć? Biła się z myślami.
Postanowiła wyjść z łóżka i zajrzeć do kuchni.
Zastała w niej Otto przygotowującego śniadanie. Ręce mu się trzęsły, kiedy sięgał po kolejne sztućce, przedmioty, które kładł na stole spoczywały na nim z głuchym brzękiem. Był czymś zaniepokojony.
- Czy coś się stało? – zapytała, rozmasowując skronie pulsujące w bólu.
- Nie, nic takiego – uciął, nie podnosząc na nią wzroku.
- Otto..  Otto, spójrz na mnie. Nie musisz przede mną niczego kryć – rzuciła ostro.
- Niczego przed tobą nie kryję, Marysiu. Przecież wiesz, że nie mam przed tobą żadnych tajemnic – wyjaśnił, sięgając po talerz.
- A mi się wydaje, że jednak masz – spierała się Marysia, siadając przy stole – Czy przypadkiem nie rozmawiałeś dzisiaj z kimś rano?
Wszystko wiedziała – pomyślał. Był święcie przekonany, że ukochana niczego nie usłyszy, gdyż śpi. Zaskoczyła go, z pewnością. Nawet nie pomyślał, że Marysia mogłaby być świadkiem tej ciętej dyskusji.
- Dowiem się, z kim rozmawiałeś? – zapytała.
Usiadł przy stole, wlepiając w nią żałosny wzrok zbitego psa.
- Dzwoniła Berta.
Marysia uniosła brwi wysoko i miarowo zaczęła kiwać głową. Wszystko zrozumiała. Miała do niego żal i była wściekła. Czuła się zazdrosna.
- Marysiu, nic nas już nie łączy, uwierz mi. Berta nie chce się pogodzić z tym, że to już koniec. Dałem jej jasno do zrozumienia, aby dała nam spokój. Marysiu.. – pogładził jej dłoń – Przecież wiesz, że między nami wszystko jest w porządku.
- Dlaczego więc  nie chciałeś mi o tym powiedzieć? Miałeś coś do ukrycia? – tkwiła przy swoim, starając się wycisnąć z niego wszystko, co wiedział. Chciała wiedzieć, na czym stoi.
- Po prostu.. – zwilżył usta – Nie chciałem cię martwić – ot, cała prawda. Nie chciałem zaczynać wszystkiego od nowa, przecież to przerabialiśmy..
- Już dobrze – rzuciła wesoło – Nie martw się. Chciałam cię trochę podenerwować, kochany – zachichotała.

Otto odwzajemnił jej szeroki uśmiech. Usiedli do śniadania.

środa, 10 lipca 2013

Do domu wrócił posępny. Nie zaglądnął nawet do kuchni, by coś zjeść. Spotkało się to z wielkim zaskoczeniem ze strony Lei, która nie potrafiła zrozumieć zachowania małżonka. Co dzień – w nawet najcięższy dzień pracy – zaglądaj do kuchni, by wrzucić coś na ząb. A tego dnia, tak po prostu zaszył się w swoim pokoju.
Nie sypiali razem. Każde z nich posiadało oddzielony pokój. Skutecznie się omijali. Ona – by nie wpaść na wściekłego męża, któremu coraz częściej trafiały się „kiepskie dni”, On – by mu się nie naprzykrzała i dała chwilę spokoju. Nie byli szczęśliwym małżeństwem, dobrze o tym wiedzieli. Pomimo tego, że fizycznie i psychicznie obydwu stronom było źle, postanowili nic z tym nie robić. Tkwić w tej cichej akceptacji.
Hans rzucił się na miękki materac łóżka i niemal natychmiast zasnął. Pod powiekami przewijały mu się obrazy z całego minionego dnia, które zostały wkomponowane z jeden z najgorszych koszmarów – tych, które często przeszywają do samych kości i przyprawiają o gęsią skórkę.
Spał, wstrząsany dreszczami, nie czując lodowatego potu, który spływał po jego tęgim karku.

                                                       *      *     *
Późnym wieczorem Lea udała się do Karen, by trochę poplotkować. Była spragniona wieczorów, kiedy to razem z Weroniką – przyjaciółką z Niemiec -  paplały o tym i owym do samego rana. W Norwegii nie odnalazła jeszcze bratniej duszy, z którą mogłaby podzielić się swoimi obawami i kłopotami. Jednak zauważyła jej zalążek – była nim Karen, czterdziestoletnia blondyna, o zniewalającym uśmiechu i wyrafinowanym poczuciu humoru. Wbrew pozorom miejscowych była prawdziwą damą – tam, gdzie kończyły się gary i szara rzeczywistość kury domowej, zaczynały się tajemnicze wieczory, w których spotykała się z nową znajomą. I wówczas przegrzebywała szafę, by wydobyć z niej jakieś ładne wdzianko i zabłyszczeć. Czuła się jak prawdziwa pani z miasta.
- Jesteś wreszcie! – pisnęła, by chwilę później przytknąć dłoń do ust – Mąż śpi w sypialni, musimy być cicho – zachichotała.
- Dzisiaj nie będę siedziała długo – wyjaśniła Lea, ściągając apaszkę – Boję się, że obudziłby się Hans i…
- Daj spokój! Twój mąż na pewno wszystko zrozumie.
- Nie byłabym tego taka pewna.. – odpowiedziała ze smutkiem. Na samą myśl o tym, że Hans zbudziłby się w środku nocy i zauważył jej nieobecność, poczuła nieprzyjemne ukłucie. Od razu zacząłby ją podejrzewać o romans, nocne spotkania z kochankiem, który ma zastąpić wyrodnego męża. Miała do niego żal. Nie raz wzdychała po cichu do Jurga – miejscowego mleczarza – w którym była zadurzona od dwóch miesięcy. Jednak z przyzwoitości – i trochę z godności, by nadal być wzorem mężatki – nie proponowała potajemnych spotkań. Wiedziała, że romans to pierwszy stopień do zeszmacenia się. A ona chciała trzymać poziom.
- Chodź do pokoju. I nie przejmuj się Hansem. To wieczór na nasze babskie sprawy – rzuciła, obejrzawszy się przez ramię. Przesuwały się w stronę pokoju dziennego, w którym zawsze spotykały się na nocne pogaduszki.
Karen nacisnęła włącznik światła i usiadła na podłodze. Sięgnęła w pośpiechu po poduszkę i rzuciła ją na dywan.
- Masz, siadaj.
Jak zwykle nocne plotkowanie otworzyła Karen. Przez piętnaście minut trajkotała o nie umytej córce Sary, która przyczłapała o drugiej po południu – w porze, kiedy jest największy ruch – do miejscowego sklepu. Nie kryła oburzenia wobec Sary, która – według niej – nie była dobrą matką i nie potrafiła wychować swojej córki na porządną kobietę.
- Niedorzeczność! – westchnęła, przegryzając piernika – Te dziecko nigdy nie będzie prawdziwą damą.
Lea pokiwała ze zrozumieniem.
- A ty zauważyłaś coś ciekawego? – zapytała w końcu.
- Tak – przytaknęła – Nina Sojer, żona tego autobusiarza, wypadła wczoraj z domu z płaczem. Za sobą ciągnęła małą Ritę, która również darła się w niebogłosy. Matta nie zauważyłam. Coś musiało się wydarzyć. Oni przecież tak dbają o to, by ich brudy nie wychodzi poza mury domu!
- Hmm – zamyśliła się Karen – Myślę, że mogło to być związane z jej tajemnicą, którą tak skrzętnie ukrywała. Nina ma faceta, który mieszka w okolicznej miejscowości. Nawiązała z nim romans przed rokiem, spotykając się za plecami męża. Pewnie o wszystkim się dowiedział. Jestem tego pewna – ucięła, opychając usta kolejnym piernikiem – Wiesz, u nas zawsze mężatki romansujące są potępiane. Nie mają tutaj życia, dlatego bardzo szybko się przenoszą. Być może nie zobaczymy już w naszych stronach Niny. Ma za swoje.
- Dlaczego nie ma mieć prawa do szczęścia? – wyrwało się Lei.
- Dlaczego? – parsknęła – Przecież przysięgała przed Bogiem, że „dopóki śmierć nas nie rozłączy”! A to dlatego! Nie powinna łamać tak ważnej deklaracji, przecież to obieca składana Stwórcy, obietnica, której nie można lekceważyć!
- Na mnie już czas – Lea posmutniała. Nie była w stanie dalej kontynuować tej rozmowy – Muszę wracać do domu, już późno.
- Odprowadzić cię? – zaproponowała Karen.
- Nie, dziękuję. Dojdę sama. Dobranoc, śpij dobrze.

Wyszła, bijąc się z własnymi myślami.

sobota, 6 lipca 2013

Więzień przeszłości

Ten tekst powstał dzięki namowie Kasi, która zachęciła mnie do zobrazowania losów Mongoła. Ten tekst pisało mi się bardzo przyjemnie, mam nadzieję, że równie przyjemnie się go czyta :)

Czytając gazetę, celowo omijał rubryki z wiadomościami dotyczącymi Niemiec. Nie chciał zagłębiać się w politykę, wracać do tego, co – według niego – dawno miał za sobą. Wiedział, że nie jedna polska instytucja, jak nie niemiecka, goni za nim, by móc osobiście powiesić go na stryczku.
Polacy, za szczególne pastwienie się nad ludnością żydowską w czasie okupacji, a Niemcy, za nielegalny biznes i spiskowanie za plecami Wielkiej Rzeszy.
Nie lubił przyznawać się przed samym sobą do tej prostej prawdy – był zwykłą szują. Ścierwem, jakiego wśród żołnierzy Wehrmachtu było pełno.
W przeciwieństwie do ciebie – pomyślał z przekąsem – Im się udało. Żyją sobie normalnie, ba, może dalej mieszkają na terenie Polski, lub w Niemczech, przed nikim nie uciekając. A ty musisz gnić w tej Norwegii, wśród tych ludzi z przebrzydłym, ciężkim jak ołów akcentem.
Ludności skandynawskiej nie lubił. Ci ludzie byli lodowaci. I nie decydowała o tym przynależność rasowa. Oni po prostu trzymali dystans. Plusem tego wszystkiego było to, że nie wściubiali nosa  w nie swoje sprawy, nie gonili za sensacjami. Tutaj, w Norwegii, mógł zapewnić sobie kompletną anonimowość. W końcu nie był Hansem Kriegemannem, ani też „Mongołem”, jak za plecami wołali za nim Żydzi.
Teraz nazywał się Lukas Romoeren.
Nie bez powodu przybrał norweskie nazwisko. Oficjalnie był imigrantem czeskim, z norweskimi korzeniami. Swoim współpracownikom z zakładu papierniczego tłumaczył, że opuścił Czechy, by przyjechać do dalekich krewnych. Partnerzy ten haczyk przełknęli bez mrugnięcia okiem i w ten sposób, tak dobrze znany w Polsce Mongoł, stał się szarym obywatelem norweskim.
Jego żona, Lea, z uniżeniem spełniała wszystkie zachcianki męża. To na jego żądanie uciekli z Polski w 1943, niemalże przypłacając to życiem. Nie raz podniósł na nią rękę, kierowany obyczajami, jakimi na co dzień kierował się w warszawskim getcie. Teraz musiał udawać porządnego obywatela, troszczącego się o swoją żonę, bo dzieci nie miał i nigdy już mieć nie postanowił.
- Kiedy wracamy? – zapytała lodowato, kładąc mu przed nosem talerz pełen ciepłych klusek.
- Czyś ty kobieto powariowała? – wrzeszczał, wybałuszając oczy – Chcesz, żeby nas dopadli? Myślisz, że nie przypłaciłbym głową za ucieczkę z Warszawy? Zrobiłem to dla ciebie, idiotko!
- Gdybyś nie parł tak na te brudne pieniądze.. Przecież nie przymieraliśmy głodem! Chodziłeś co dzień do tego getta i pastwiłeś się nad tymi ludźmi, który robili w tym twoim szopie – parsknęła gniewnie. Wbrew pozorom była kobietą niezwykle wrażliwą, czułą, na krzywdę drugiego człowieka. Wojnę żywo potępiała, a biedny naród żydowski – jak często o nim mówiła – cierpiał za nic, nawet z ręki jej męża-tyrana.
- Posłuchaj – zaczął groźnie, rzuciwszy gazetę na stół – Jeżeli nie stulisz mordy, usłyszą nas sąsiedzi. A jak plotka pójdzie dalej, to będziemy skończeni. Nie jeden poprawi sobie życie donosem – warknął.
I zamilkła. A on w pośpiechu zjadał obiad, który co dzień podsuwała mu pod nos.

                                                       *     *    *
Nigdy nie myślał o sobie, jako o złym człowieku. Tłumaczył się, że spełnia powinność, którą wyznaczył mu sam Hitler. Dlatego z lubością wymierzał kolejne kopniaki Żydom, którzy krzywo na zeń spojrzeli. Miał ich za zło konieczne, złodziei, plagę – jak to określał – parszywych szczurów, zakradających się do witryn sklepowych i wykradających jedzenie. Nie zastanawiał się nad tym, jaką ciężką łapę kładą na ich życie – pozbawiając wolności, gromadząc w wydzielonych dzielnicach, traktując ich jak podludzi. Jeszcze zanim zaczęła się wojna jego rodzice – Helen i Helmut Kriegemannowie – prowadzący niewielką piekarnię, narzekali na Żydów, jakoby zakradali się z rana i kradli, co tylko im w ręce wpadnie; bułkę, kawałek chleba, czy też chałkę, których zawsze sprowadzali całe mnóstwo. Już od lat młodzieńczych kiełkowała w nim nienawiść do tego narodu, którą – rzecz jasna i niepodważalna – zasiali w nim rodzice.
Pamiętał, kiedy pięknego, majowego ranka pomagał rodzicom. Zauważywszy czającego się Żyda bez wyjaśnień rzucił się na niego i brutalnie skopał. Rodzice jedynie poinstruowali go, by więcej do Żyda nie podchodził, nie komentując nawet zachowania syna. Sami nie raz mieli ochotę spuścić lanie chłystkom, szwendającym się w pobliżu piekarni.
Szesnastoletni Hans stał się strażnikiem biznesu rodzinnego i biczem Kriegemannów, wymierzanym w stronę wyznawców Jahwe.
                                                         *         *       *
Pracę zaczynał o dziewiątej, z tego względu był z niej bardzo zadowolony i szanował ją. Nie chciał nadwerężać zaufania swojego szefa, twardo trzymającego swoich pracowników, dlatego w robocie stawiał się punktualnie, wykonując ją starannie.
Tego dnia, wraz z Johanem i Andreasem przeglądali lokalną gazetę, zawieszając wzrok na jednym z artykułów.
- O! – mlasnął Johan, przygryzając czerstwą bułkę – Niemcy; poszukują bandytów i oszustów wojennych, którzy działali przeciwko narodowi. Działania zakrojone na dosyć szeroką skalę – zakończył, spoglądając na nich z uwagą.
- Taa – zaczął Andreas – Pouciekało tego ścierwa do Argentyn, nie Argentyn, Brazylii, myślą, że się schowają przed sprawiedliwością. Guzik prawda! Oni nawet nie wiedzą, ale w każdym kraju są instytucje, które takie gnidy bez problemu wytropić potrafią.
Hans ciężko przełknął ślinę. Poluzował nieco kołnierz koszuli, który cisnął go niemiłosiernie. Na twarz wystąpiły kropelki potu.
- A ty co o tym myślisz, Lukas? – zapytał Johan.
- Mnie to nie interesuje – uciął, wyrywając im gazetę – Po co się nad tym zastanawiać? Niech sobie szukają, kogo tam chcą! Wracajmy do roboty.
Koledzy spojrzeli po sobie wzruszywszy ramionami i powłóczyli nogami w stronę drzwi pracowni. Zdziwiło ich bowiem zachowanie Lukasa, który najzwyczajniej w świecie rozmowę zbył, uważając ją za niewygodną.
Tego dnia pracowało mu się ciężko – papier wylatywał mu z drżących rąk, klął pod nosem, nie mogąc poradzić sobie z nerwami, które paraliżowały go całkowicie.
- E, ty, Lukas, chory jesteś? Jakoś niemrawo wyglądasz. Jakbyś jakiegoś szczura połknął – zarechotał Andreas, wycierając w spodnie dłonie nasiąknięte tuszem drukarskim.
- Pewnie zjadłem coś nieświeżego – uciął słabo, przysiadając na krześle.
- Wpadnij po robocie do Loren, na kieliszek wódki – rzucił Johan, opierając dłonie na biodrach – Od razu ci się poprawi.
Do końca dnia kręcił się po zakładzie, usiłując coś zrobić. W żołądku piekło go niesamowicie, a drżenia rąk nie potrafił opanować.


Przeszłość go znalazła.

piątek, 5 lipca 2013

Lustro

Proszę ten tekst potraktować jako alternatywę "co by było gdyby" Otto stracił Marysię. Czuję na sobie wzrok wiernych fanek ( :) ) tej pary, której nie za bardzo w smak byłoby przyjąć takie rozwiązanie, aczkolwiek.. zachęcam do przełamania się.  Miłego (jakkolwiek to zabrzmi) czytania.

Zainspirowana:



Czyż nie jesteś czymś do podziwiania, ponieważ Twój blask jest niczym lustro

I nie mogę nic na to poradzić, bo zauważ, że odbijasz się w mym sercu
Jeśli kiedykolwiek poczujesz się samotna i blask będzie utrudniał znalezienie mnie
To wiedz, że ja zawsze jestem odbiciem po drugiej stronie
 JT, ,,Mirrors"

Jej już nie było.

Stracił ją bezpowrotnie. Choć minęły już trzy miesiące od tragicznego wypadku, nie potrafił się pozbierać po tym wydarzeniu. Ten dzień był dla niego jak wstrząs. 
Było upalnie. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że będzie to kolejny z dni niczym niezmącony, po prostu sielski-anielski. Ale los chciał inaczej.
Otto nie chciał przypominać sobie następujących po sobie zdarzeń. Wciąż widział jej rękę i bladą twarz. Tak jakby po prostu zasnęła. A ona po prostu upadła, krzątając się wokół ogrodu.

Tętniak, cichy zabójca.

Nie mógł wiedzieć – ani też ona – że może dziać się coś złego. Funkcjonowała normalnie, na nic się nie skarżyła, brała życie takim, jaki jest. Szczęśliwa. Radosna. Zakochana bez pamięci.

I nagle wszystko straciła.

Jego serce przeżywało rozdarcie. Nie rozróżniał już nocy od dni; wszystko zlewało się w jedną bezkształtną całość. Życie, jeszcze do niedawna tak ważne, życie, które nie raz ratował, będąc swego rodzaju strażnikiem, teraz przestało mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Stał się istotą, która budziła się tylko po to, by powłóczyć nogami do łazienki i od czasu do czasu przegryźć suchy kawałek chleba. Czy można było myśleć o głodzie, gdy wszystkie myśli zaprzątała Ona?

Ona:

Przymierzająca nieskończoną ilość sukienek, uśmiechająca się szeroko, wciąż zerkająca na  niego. Perskie oko, jakie puszcza w jego stronę. Perły śmiechu rozsypujące się po całym mieszkaniu, za każdym razem, gdy on powie coś zabawnego. Wspólne posiłki, wieczorne dyskusje, gorączka szeptanych słów, nocne spacery.

I godziny ciszy, kiedy Ona patrzy na niego łzawymi oczami i syci nim wzrok. Tkwi – po prostu.

On:

Budujący szczęście na fundamencie jej serca. Oddany, zapatrzony w swoje Kochanie, wyrozumiały. On, który musiał czekać na nią wiele lat, cierpiący, ilekroć nawiedzała go snach płacząc. Smak szczęścia, jakie poznawał,
 kiedy Ona się pojawiła. Nieskończona ilość obietnic, pocałunków składanych na drżących wargach, dotyku jej ciepłej dłoni, słów. Setki minut ich życia, kiedy czuli się naprawdę szczęśliwi.

Te wspomnienia bolą; bolą tak bardzo, że ciężko do nich wracać. A on chce się w nich zatapiać, pomimo bólu duszy, bo wie, że tylko tak może się z nią jednoczyć.

Bo jest jego odbiciem lustrzanym, jego częścią.

Rankami, kiedy musiał zwlekać się z łóżka, kierował się do łazienki. Pośpiesznie wykonując toaletę zauważał włosy, które kłębiły się wokół umywalki, które były wszędzie. Nawijał je wówczas na drżące dłonie i starał się wyczuć jej zapach, który już zupełnie stracił.

I teraz to już jest tak oczywiste jak ta przysięga
Że zmieniamy dwa odbicia w jedno

 Wówczas zerkał niechętnie w stronę lustra i widział jej śmiejącą twarz, która zawsze towarzyszyła mu, gdy szykował się do pracy.

Przesunął dłoń po szklanej powierzchni, w której ją widział. Zjeżdżał w dół, w stronę warg, nie mogąc pojąć, jak to możliwe.. Jej oczy, które szkliście zerkały w jego stronę.

Nic nie mówiła.

Ale była. I on się z nią jednoczył w ciszy. Chciał by została, ale ilekroć zjeżdżał dłonią z powierzchni,  jej obraz się zacierał, kompletnie znikając.

A jego ręka zatrzymywała się na zimnej płytce, która przywoływała go do porządku.


                                                    *      *     *
Bał się, że zwariował. Chodził do łazienki po kilka razy dziennie, odkrywszy tę dziwną nić kontemplacji z ukochaną. Wpatrywał się w nie wyczekująco, oczekując, że zobaczy jej twarz za każdym razem.

To nie było mu dane.

On wiedział, że ona się nim opiekuje, że jest tu, gdzieś blisko obok niego i czuwa. Że nie pozwoli mu tak łatwo się poddać.

Bo chciała być dla niego historią i tajemnicą, którą każdego dnia mógłby odkrywać.


Pytanie

Rano przy śniadaniu Maria milczy. Coś ją dręczy, szarpie od środka, nie pozwala wydusić słowa. Otto za to wypluwa z siebie kolejne zdania, nie bacząc na przecinki, kropki, które jego zdaniem zbędne są, gdy kieruje się prawdziwym uczuciem. Milcząca Maria niepokoi go tak bardzo, że na chwilę milknie, z uwagą, wyczekiwaniem wpatrując się w jej umęczoną twarz.
- Marysiu, coś się stało?
Wzrok jej ucieka to w bok, to w dół spłoszony.
- Powiedz mi. Mi przecież możesz powiedzieć – jego głos jest kojący, delikatnie drżący.
- Otto… - załkała. Jeden z loków wyrwał się zza ucha, bezwładnie zwisając nad okiem.
- Już dobrze, Marysiu, już dobrze… Uspokój się – on ją przytulał i pocieszał.
Wiedziała, że musi mu to powiedzieć. Że to, co się stało nie wyszło z jej strony, ale od rozkołatanego serca przyjaciela, który przeżywając – zapewne – jakieś załamanie uległ pokusie. Nadal przypominała sobie drżące koniuszki palców, nerwowe ruchy rąk, to, jak próbowała odejść, delikatnie zasugerować, że nie jest na to gotowa, a potem… potem wszystko działo się tak szybko. Czuła jak żywo, tamte łzy, które cisnęły się do oczu, boląc, kując, niemożliwie szczypiąc pod powiekami, jakby chciały szponami wydłubać te oczy, które patrzyły na to bezczynnie.
Janusz był – i jest – jej dobrym przyjacielem, ale nic poza tym… To serce bije już dla kogoś innego.

I wiedziała, że mając przed nim tajemnice, nie mogłaby czuć się dobrze.
Przywarła do niego tuląc się najusilniej, chcąc być przy nim i dla niego.
- Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Kochanie, nie podchodź do wszystkiego tak emocjonalnie – szepce
- Wiem… wiem..
- Janusz… Wtedy w gabinecie, to… działo się tak nagle, ja nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć, był roztrzęsiony… Bredził coś trzy po trzy, nie rozumiałam, co on właściwie.. Otto, kocham ciebie i tylko ciebie – wydusza z siebie, poprawiając lok i rzucając mu się na szyję.

W tej chwili jest zaskoczona jego wyrozumiałością. Tym, jakie musi mieć wielkie serce, by zrozumieć tak trudne sprawy. Sprawy, które nie jeden mężczyzna rozwiązałby twardo, przeganiając kobietę na cztery wiatry. A on był inny. Po raz kolejny udowadniał jej czym jest miłość i na czym prawdziwie polega.
- Dlatego – zaczyna, ująwszy w dłonie jej twarz – Zawsze kieruj się prawdziwym uczuciem. Kochaj mnie.

I kochała go. Kochała go wczoraj, dziś i będzie kochała na pewno jutro. A to jutro, miało być najdłuższym jutrem, bo miało trwać aż do odległego im dnia.


                                                    *    *    *
Po południu upał jeszcze bardziej gęstnieje, przyprawiając o zawrót głowy. Okiennice są zamykane, by to powietrze nie wdzierało się do mieszkań i nie powodowało złego samopoczucia. Kwiaty na parapetach w posępieniu opuszczają główki, zbyt zmęczone, by dumnie prezentować się przechodniom z ulicy.
Maria siedzi z małym tomikiem,  dorwawszy najnamiętniejsze wiersze Mickiewicza, smakując każdo jedno słowo wielkiego wieszcza.

   Gdy z oczu znikniesz nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu?
Jednakże nieraz czuję mimo chęci,
Że on jest zawsze blisko mej pamięci.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?

Przymyka swe powieki. Na ustach słodycz uśmiechu. I chwilę później nieme skinienie głową. I radość w oczach, które otworzywszy się –  głęboko i szeroko – palą się niby świece i zgasnąć nie mogą.
                                              Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Luba mię jakaś spokojność owionie,
Zda się, że lekkim snem zakończę życie;
Lecz mnie przebudza żywsze serca bicie;
Które mi głośno zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń? Czyli też kochanie?

Odpływa, próbując przypomnieć sobie jego ciepły dotyk. Uczucie, które temu towarzyszy. Lekki dreszczyk, przeszywający całe ciało.
I znowu skina głową, zanosząc się cichym śmiechem.



A gdzieś tam, na drugim końcu Warszawy, ktoś uporczywie zadaje sobie to pytanie, które ona czyta w pokoju i z radością do siebie przyjmuje. Zgięte do białości pięści zaciskają się raz po raz, a po gabinecie roznosi się jedynie kolejne trzaśnięcie drzwi, za wychodzącym pacjentem. 

czwartek, 4 lipca 2013

Szaleństwo

Dla Clarion,
rozpaczliwie domagającej się tekstu ociekającego lukrem :)


Szaleństwo


 Czy mi wybaczysz moje zazdrosne rojenia­­
 Szaleństwo mej miłości wciąż nieokiełznane?

A. Puszkin ,,Czy mi wybaczysz?”


Lato. Warszawa skąpana w słońcu, ulice topiące się pod żarem promieni, dzieci piskliwie przemykające po ulicach, zapach waniliowych lodów, orzeźwiające oranżady na baczność stojące za szklanymi witrynami. Młodzi, dorośli, starcy – wszyscy zakochani – trzymający się za ręce i czule wpatrujący w swe jasne oblicza.
Turkot kół rowerowych, przesuwających się po rozpalonych alejach.
I wśród tego wszystkiego oni, trzymający się za ręce, wymieniający te czułe, wszechobecne spojrzenia, od których Warszawa pęka, niczym serce dźwigające ciężar największej miłości.
Idą alejami ujazdowskimi wtuleni w siebie, szepcąc raz po raz jakieś gorące, niepoprawne słowa.
- Kocham cię – powtarza jej, jakby świata nie było, a gdzieś pośrodku tej pustki byli oni, tak mocno zakochani, jak para młodzieńców, poznających smak pierwszego pocałunku.
Zasłona intymności otula ich pomimo tego, że wokół nich przesuwa się kilkadziesiąt osób, ciekawie spoglądających w ich stronę.
- Jesteś dla mnie tym, co mogę stracić i tym, co mogę zyskać – mówi, nie zastanawiając się zbytnio nad sensem swoich słów – wie, że wypowiada je z uczuciem, a ich matką nie jest jakaś zabłąkana myśl, ale serce, bijące tylko i wyłącznie dla niego.

Dla Otta.
                                                             *         *      *
W swoich sercach, oprócz ogromnej miłości, jaką nieśli dumnie i z ochotą, musieli znaleźć miejsce dla ciężkich wspomnień, które jeszcze nie dawno pochłaniały każdą ich chwilę. Wojenny koszmar, niepewność, rozstania i powroty. Obozowa codzienność, lęk o jutro i nieskończona ilość płomyków nadziei, które tliły się nie raz, ale równie szybko gasły. Łzy, które grubą skorupą osiadły na dnie ich serc, nie dające o sobie zapomnieć. Pozostawiające trwały, niezatarty ślad. Wspomnienia, które zamiast ulecieć w niepamięć, tkwiły gdzieś w głębi ich zakochanych serc, uśpione, ale nie wyrzucone.

Wiedzieli, że chcąc się ich pozbyć, pozbyliby się miłości.
Bo nie byłoby tego uczucia bez bólu, cierpienia, jakie musieli znieść. Nie byłoby czułych słówek, znaczących uśmiechów, pocałunków składanych na drżące wargi o północy. Bez opieki, jaką się otaczali, wsparcia.  Dlatego tak usilnie dbali, by wspomnień z serca nie wyrzucać, ale i ich nie rozgrzebywać.

Bo będzie boleć, nie tak zwyczajnie, jak się skaleczy nożem; ale o wiele bardziej.

                                                         *      *    *
Lipcowe wieczory są ciepłe i przyjemne. Lekki wiatr pieści karki przechodniów, szwendających się po Starówce i okolicy. Miejscowi zaglądają do pobliskich cukierń, do restauracji, lub przybywają na wieczorne seanse.
A oni, jakby tworząc opozycje dla wszystkich warszawiaków, po prostu śmieją się serdecznie, siedząc na jednej z ławek.
- Stanowimy głupi wyjątek  - mówi Maria, uśmiechając się serdecznie.
- Dlaczego? – Otto unosi brwi do góry, przekomarzając się z ukochaną.
- Siedzimy na ławce, śmiejemy się jak młodzi, nic nie robimy.. Po prostu tkwimy. Nawet nic nie jemy..
- Karmimy się słowami.
Tyle wystarcza, by zrozumiała. Robi się cicho, komary natrętnie tną, a im to nie przeszkadza.
- Dziwacy – mówi pod nosem staruszka, która drepcząc z jamnikiem śpieszy się do mieszkania, by móc jak najszybciej ułożyć się do snu.
A oni śmieją się na głos, nie przejmując się, że przecież dawno minęły te czasy, kiedy jako młodzieniec włóczyło się po mieście do dziesiątej w nocy.

                                                        *        *       *

Maria przypomina sobie zeszłotygodniową wizytę byłego ordynatora szpitala, Baranowskiego. Przypomina sobie jego zdenerwowanie, drżenie rok, zmieszanie, za każdym razem, gdy ukradkiem spogląda w jej stronę.
- Pani doktor, ja.. – zaczął wtedy Baranowski – To znaczy, Marysiu, ja..
- Nic nie mów, Janusz. Ja wszystko wiem, ja rozumiem – tłumaczy pośpiesznie, gdy ten wyciąga w jej stronę drżące dłonie.
Wszystko toczy się tak szybko; wyciągnięta dłoń, szeptane słowa, jej łzy i zaskakujący, niespodziewany pocałunek.
Po wizycie Baranowskiego kładzie się do łóżka, chcąc zapomnieć o rozmowie, która emocjonalnie wykrzesała z niej ostatnie siły.

W nocy myślała o tym długo, zalewając się potem. To, co się stało tego dnia, postanowiła zachować w tajemnicy.


                                                      c.d.n

Tożsamość

Nazajutrz ruszyła w stronę kamieniczki, w której zamieszkiwał Bronek. To jego postanowiła odwiedzić jako pierwszego.
Z głową kłębiącą się od natrętnych myśli, żwawym krokiem szła jedną z warszawskich ulic, rozglądając się w okół siebie.
Na Warszawę patrzyła z pogardą, tym rodzajem pogardy, jaki można sobie wypracować będąc tylko "w mieście, które nie śpi" - Nowym Jorku. Drapacze chmur, pobłyskujące różnokolorowymi neonami kusiły, a tętniące życiem miasto przypominało, że to tu, w Ameryce, życie tak naprawdę jest życiem.

Nigdzie indziej.

Stanąwszy przed drzwiami mieszkania Bronka, energicznie zapukała. Wyprostowana jak struna, spięta, do granic możliwości stała i czekała, aż w drzwiach stanie jej stary przyjaciel. Po kilku minutach ktoś z ociąganiem poczłapał pod drzwi i wlepił oko w wizjer. Drzwi otworzyły się powoli.

- Celina? - głos Bronka wyjaśniał wszystko. Nikt się jej tutaj nie spodziewał, a jej wizyta burzyła plany tych, którzy w spokoju chcieli spędzić sobotni wieczór.
- Jestem - powiedziała słabo, a w oczach zaskrzyły się łzy. Patrzyła na Bronka, na jego umęczoną twarz i nie potrafiła odnaleźć w niej ani odrobiny radości z tego spotkania. Czyżby wszystko wiedział? Miał ją za amerykańskiego szpiega? Co, u diabła, zadecydowało o tym, że tak cierpko ją przywitał?
- Wejdź do środka - powiedział, pozwalając jej pójść przodem.
Niepewnym krokiem ruszyła przed siebie, potykając się o porozrzucane bagaże, które torowały drogę. Wyglądało na to, że Bronek wrócił z jakiejś dalekiej podróży - zapewne z zagranicy. Jej uwadze nie ominęła damska walizka. W mieszkaniu musiała być też Wanda.
- Chodź do kuchni - mówił, gładząc się po  twarzy.
Odsunęła jedno z krzeseł i usiadła. Nie wiedziała, jak ma się zachować, co ma robić. Pod wzrokiem Bronka czuła się naga, zupełnie bezsilna. On zdołał rozbić jej pancerz pewności siebie. Wewnątrz poczuła się tą starą, niepewną i lękliwą Celiną.
Bronek przysiadł na jednym z krzeseł, oparł łokcie na blacie stolika i wyczekująco wpatrywał się w jej twarz. Wodził wzrokiem po niej całej, przyprawiając o zawstydzenie. Ale nie był to wzrok pożądliwy, dwuznaczny. To był wzrok, który miał rzucić cień niepewności, żalu i zdumienia. Jakby patrzył na kobietę którą znał kiedyś, a teraz mu zupełnie obcą.
- Bronek, co się dzieje? - wydukała, bliska łez.
Mężczyzna spuścił wzrok i przetarł zmęczone oczy. Nie golił się co najmniej od tygodnia, gęsty zarost pokrywał jego twarz.
- Celina, zjawiałaś się w nieodpowiednim momencie. Mamy tutaj niezły kocioł.
Kocioł? - pomyślała - Co on ma na myśli?
- Nie bardzo rozumiem...
- Posłuchaj - zaczął, widziała, jak wzrasta w nim zdenerwowanie - Powinnaś stąd jak najszybciej wyjechać. Poszukają ciebie. Poszukują nas wszystkich. Ubecy nie będę wobec ciebie łaski, choć kiedyś byłaś w serdecznych stosunkach z co niektórymi - zakończył, przygryzając wargę.
W serdecznych stosunkach? A więc tak - pomyślała - zjawiłam się tutaj tylko po to, by usłyszeć całą litanię zażaleń i polecenie, bym jak najszybciej wyjechała. Ale jak, jak mam to zrobić, jeżeli spoczywa na mnie zadanie, które bez zwłoki trzeba wykonać?
- To niemożliwe. Bronek, w tym czasie to niemożliwe - Celina wypluwała z siebie słowa z nieprawdopodobną szybkością, mnąc materiał obrusu, oddychając ciężko i ze świstem wypuszczając powietrze.
Jak miała mu to powiedzieć? Ot, tak, po prostu narzucić rozmowę i pogawędzić sobie o swoim zakładniku, który z nią pracuje? Miała powiedzieć, że na Pradze trzyma sobie Rainera z którym ma do spełnienia zadanie? Wyśmiałby ją i kazał się wynosić.

Wynosić, bo nie potrafiłby mnie odstrzelić, jak każdej jednej gnidy, które szwendały się Polsce.

- Co cię tu trzyma? - zapytał.
To pytanie zawisło nad nimi, jak ciężka, burzowa chmura. Celinie zaschło w gardle, na czole pojawiły się kropelki potu, dłonie drżały. Zbierała się na to, by mu powiedzieć. Chciała wykrzesać z niego choć nutkę zrozumienia, chciała wyczuć tą nitkę porozumienia, która przez ostatnie dwa lata zerwała się. Tęskniła za dobrymi relacjami koleżeńskimi, które kiedyś ich łączyły. Teraz tego nie było, choć rozpaczliwie za tym tęskniła.
- Zadanie - wydusiła z siebie, jeszcze bardziej miętosząc materiał, który teraz wyglądał jak wypluty i zasłany na stole.
- Celina, wydaje mi się, że nie jest to zadanie, którym chciałabyś się chwalić swoim przyjaciołom - stalowoszare oczy Bronka spoczęły na niej po raz kolejny. Były pełen bólu i żalu. Oczy kogoś, kto właśnie traci przyjaciela. Przejmujące i rozpaczliwie poszukujące odpowiedzi.

Odpowiedzi, która jedynie pogorszyłaby wszystko.

- Rząd polecił mi odszukanie światowej sławy fizyka, niejakiego profesora Blachnitzky'ego - zaczęła szybko - Muszę zgarnąć Niemca, który zajmuje się produkcją pocisków rakietowych. A pomóc ma mi w tym Rainer.

Cisza. Cisza pochłaniająca każdy jeden milimetr tego ciasnego, krztuszącego się od namiaru rzeczy mieszkania. Cisza gęstniejąca od każdego jednego słowa, które wychodzi ze strony Celiny.

- Musisz mi pomóc - szepnęła, nachylając się w jego stronę. W jej oczach pojawiło się nieme błaganie, jakie przed chwilą doszukała się w jego.
- Radź sobie sama - rzucił, sięgając po kubek i wstając od stołu.

To miała być odpowiedź, która miała zastąpić cały sznur splatających się ze sobą faktów (a raczej podejrzeń), które miał wymierzone przeciw niej. Nie myliła się. Był rozsądnym mężczyzną, trzymającym się z daleka od podejrzanych spraw. Nie zaufał jej. Miał prawo. Przecież jeszcze rok temu, gdy pracowała dla "czerwonego" wydawnictwa rozszarpywali ją wzrokiem. Bronek mając to na uwadze, nie chciał ryzykować. W dodatku w całą tą sprawę zaangażowany był Rainer.

- Celina, ja już właściwie nie wiem, kim ty jesteś - szepnął, stając na przeciw niej i mierząc ją wzrokiem.

Była zmęczona i bezsilna. Wyczerpana nadmiarem spojrzeń, które musiała na sobie dźwigać, słów, które tak bardzo bolały i rozbita tym, że Bronek uderzył w jej czułe miejsce - pewność siebie. Teraz słaba, bezsilna i załamana nie była w stanie działać.
A utraconą witalność mógł jej dać tylko Nowy Jork, który odpłynął bezpowrotnie, jak kolejny dzień.

Była sama i nikt nie chciał jej pomóc. Ciągle podejrzewana, traktowana z dystansem.
Niepotrzebna.

No właśnie, kim ja właściwie jestem? - pomyślała, wracając z mieszkania Bronka.

Obserwatorzy