Za wszelkie błędy, a zwłaszcza literówki, przepraszam.
Musiał wyjechać do Berlina.
Zostawił w Polsce ukochaną kobietę, nie bacząc na to, jakich krzywd może
dostąpić ze strony władz, które z uporem, ślad po śladzie, szukali lekarzy
współpracujących ongiś z polskim podziemiem. Maria stanowiła dla nich łatwy
kąsek, stąd też przez cały czas podróży bił się z myślami, czy aby na pewno
postąpił roztropnie. Nie zniósłby widoku pustego mieszkania i maczku liter,
pośpiesznie nabazgranych na pierwszym lepszym kawałku papieru – „nie martw się,
niedługo wrócę”. Byłoby to ciosem niewyobrażalnie bolesnym, piętnującym go na
całe życie – patrząc w lustro, ze wstydem opuszczałby głowę, nie mogąc patrzeć na
swoją własną twarz. Stałby się nikim; straciłby jakąkolwiek wiarę w siebie.
Dlatego w czasie podróży,
kiedy pociąg z ociąganiem sapał i sunął po naoliwionych szynach, rozmyślał o
tym, co też może ona robić. Może z czułością podlewa kolejne kwiaty znajdujące
się w ogrodzie? Albo przygotowuje dla siebie kolację, z namaszczeniem
wycierając talerzyk, na którym za chwilę położy kromkę chleba? Znał ją dość
dobrze, a przez cały czas była dla niego nie odkrytą tajemnicą, otuloną jakimś
potężnym nimbem – fascynowała go jako kobieta; podziwiał w niej siłę, jaka była
w jej posiadaniu. Przez cały czas stanowiła dla niego cel, który tak bardzo chciał
osiągnąć. Nigdy nie uważał, że ją w jakikolwiek sposób „posiadł”, zdobył. Nawet
do tego nie dążył. Zadanie, jakie sobie postawił było poważne i trudne – chciał
pozostać przy niej, aż do końca swoich dni. Móc co dzień spoglądać w oczy,
które były oceanem myśli, spijać z ust każde jedno słowo, które budziło go, a
także usypiało.
Na jego twarzy rozlał się
szeroki uśmiech. Pomimo tego, że była daleko od niego, czuł jej obecność. W
plecaku, który tak pieczołowicie przygotowała na jego wyjazd, spoczywała
koszula, uprzednio sprana w jej dłoniach i wyprasowana. Wszystko to, co
znalazło się we wnętrzu tego podręcznego bagażu, zostało przygotowane przez nią
z miłością i należytą troskliwością.
- Otto, w plecaku masz termos
i kanapki – tłumaczyła, gorączkowo wycierając dłonie w fartuch – Pamiętaj, aby
zjeść je w trakcie podróży; herbata szybko może wystygnąć, a kanapki zwyczajnie
popsuć. Proszę cię – szepnęła, ucałowawszy jego policzek.
- Oczywiście – przytaknął,
przysuwając ją do siebie i zatapiając w miękkich, luźno opadających lokach – Na
mnie już czas – rzucił, sięgając po plecak.
Odszedł, posyłając jej z
podwórza tęskne spojrzenia, te rodzaje spojrzeń, od których serca zakochanych
kobiet zdają się pękać od tęsknoty i wyrywać z piersi. Miał na nią
nieprawdopodobny wpływ. Był lekarstwem, który nie zastąpiłby żadnego z
dostępnych medykamentów.
Pomachała mu na odchodnym
czując, jak po bladym policzku spływa gorąca łza.
* * *
Berlin, pomimo wielkich zniszczeń,
jakich dostąpił w czasie wojny, szybko powrócił do pierwotnego stanu. Zdawało
się, że ciężkie czasy go ominęły; miasto dumnie iskrzyło się w
słońcu, kusząc witrynami sklepowymi wypełnionymi słodkościami i różnymi
błyskotkami. Znajdował się w miejscu, które – jak pogardliwie wyrażali się
Polacy – było wylęgarnią pluskiew samego diabła. To od Berlina wszystko się
zaczęło. Z przykrością spoglądał na miasto, które przed wojną było światowym
ośrodkiem nauki, kultury i sztuki. Teraz Berlin kojarzył się tylko z Hitlerem,
wojennym terrorem i złem koniecznym. Otto nie krył przed nikim, że kocha Berlin
– to tutaj co roku wczasował z rodzicami, spotykał się z przyjaciółmi, chodził
na koncerty do opery i byczył się z siostrą Gretą w parku. Z rozdartym sercem
spoglądał na miasto, które musiało dźwigać ciężar przeciwności losu, pogardy i
ogólnej niechęci – a przecież ono nie było niczemu winne! Nie było gorsze od
innych europejskich miast, w niektórych aspektach nawet prześcigało je. Ciężko
było pogodzić się z tym, co o Berlinie myśleli jego sąsiedzi, jak i inne
państwa. Pomimo tego, że Berlin miał się wspaniale i wyglądał przepięknie,
nie można było w nim wyczuć tej dawnej, przepełniającej go atmosfery.
To nie było to samo miejsce.
Przyjechał tutaj, by
odwiedzić siostrę, która po wojennej zawierusze zdecydowała się na powrót do
Niemiec. Latem 1939 roku wraz mężem i dzieckiem wyjechała do Szwajcarii. Otto
pamiętał, jak usilnie błagała go o to, by im towarzyszył; bała się o jego los.
Niemalże przeczuwała, że wojna – która nieuchronnie miała wybuchnąć – zmusi go
do chwycenia za broń. Kochała go i nie przeżyłaby jego śmierci. Zapewniała go,
że matka – Sofia – bardzo chciałaby, by trzymała brata przy sobie. Ale on był
starszy i nieugięty. Nie chciał uciekać, był pewien sił Rzeszy. Był pewien
Hitlera, który miał wprowadzić Niemcy w lepszą rzeczywistość. Już wkrótce miał
się przekonać, jakim zimnym draniem i manipulatorem był Wielki Wódz.
Po kapitulacji Niemiec wraz z
mężem i ośmioletnim już synkiem powróciła do Berlina. Jednak nie zastała tam
nic, prócz wielkiej wyrwy po bombie i zburzonej kamienicy. Była to pamiątka po
maju ’45. Nie mieli innego wyboru, jak wyciągnąć uciułane pieniądze i kupić
niewielkie mieszkanko już nie w centrum, ale w pobliskiej dzielnicy. W ciągu
czterech lat Berlin został uprzątnięty po działaniach wojennych. Powróciła jego
dawna świetność.
Z adresem w ręku maszerował w
stronę kamieniczki, w której znajdowało się mieszkanie państwa Grossów.
Stanąwszy przed ich mieszkaniem, niepewnie zapukał, oczekując pojawienia się
któregoś z członków rodziny.
U progu pojawiła się Greta.
Nadal miała długie kasztanowe włosy. Włożyła na siebie szafirową sukienkę,
która podkreślała jej nienaganną figurę. Była piękna.
- Otto? – zapytała słabo,
jakby z lekkim niedowierzaniem, po czym rzuciła mu się na szyję, by obsypać go
pocałunkami – Minęło tyle lat! Wchodź – zachęciła go, maszerując w stronę
salonu i nerwowo wycierając nos.
Ich mieszkanie było urządzone
gustownie, ale skromnie. Salon był największy spośród wszystkich pokoi.
- Witaj – Viktor uścisnął
dłoń swojego szwagra, posyłając mu serdeczny uśmiech – Wreszcie możemy pogadać!
No, Klemens, przywitaj się z wujkiem! – zachichotał.
Chłopiec posunął się
niepewnie w jego stronę, z opuszczoną główką podając dygocącą dłoń.
- Krępuje się – zauważył
Otto, siadając na jednym z ustawionych krzeseł.
- Nie ma czego, synu! –
rzucił wesoło Viktor, zagarniając chłopca na kolana – To twój wujaszek, pewnie
niezbyt go pamiętasz!
- Viktor, jak ma pamiętać!
Był niemalże niemowlęciem.. – rzuciła z kuchni Greta.
- No tak. Ech, ile temu to
było.. Sierpień ’39 roku. Pakowaliśmy się, na łeb, na szyję do tej Szwajcarii.
Znajomy podsunął nam ten pomysł, mieszkał w dużym domu. Ileśmy się naprosili,
żebyś dołączył do nas! – zaśmiał się Viktor – Nawet nie chciałeś o tym słyszeć.
- Ktoś musiał zostać – uciął
smutno Otto, bawiąc się atłasową tasiemką, którą przewiązany był jego kapelusz.
- Ale po co? Tu nie było po
co zostawać. Hitler sam wszystkim się zajął, zaprowadził porządek, dzielnie nami kierował.. No cóż, powinęła mu się kilka razy noga – to się zdarza nawet
najlepszym! – zakończył entuzjastycznie Viktor, mierzwiąc czuprynę synka.
- Hitler? Nasz „Wielki Wódz”
okazał się manipulatorem i piekielną gnidą, wysłaną przez samego szatana! –
Otto przestał przebierać w słowach, kierowały nim emocje – Do czego
doprowadził? Do masowej eksterminacji ludności. Bo co, nie pasował mu krzywy
nos u Żyda i śniada skóra o Roma?!
- Posłuchaj – zaczął,
ściągając synka z kolan – To nie była eksterminacja ludności, ale hołoty, która
zagrażała nie tylko nam, ale i innym
narodom. Trzeba było wytępić tych złodziei.
- Chyba nigdy cię nie znałem,
Viktor – w jego oczach zapalił się gniew, który szalał teraz jak ogień
pożerający wszystko, co stanie mu na
drodze.
- E, a ty co się taki
zrobiłeś? Gdzieś w ogóle był podczas tej wojny? Bo jakoś niezbyt o naszych
mówisz..
- Przestańcie już! – głos
Grety był stanowczy, ale i on nie potrafił uciszyć pary dyskutujących mężczyzn,
usiłujących udowodnić swoje racje.
- W 1941 wysłali mnie do
Polski, gdzie miałem służyć w jednym z miejskich szpitali w Warszawie. Uwierz
mi, zobaczyłem tam wszystko. Jestem lekarzem i wiesz, mam pewien szacunek do
życia.. – spuścił wzrok, po czym znowu utkwił w nim świdrujące spojrzenie – To,
co nasi wyrabiali w tych szpitalach, jak traktowali pacjentów, bez nóg, bez
rąk, tych, którzy ledwo mogli otworzyć usta.. To przechodziło jakiekolwiek
pojęcie. Zrozumiałem, że Trzecia Rzesza jest tworem, który nigdy nie miał prawa
istnieć. Ja rozumiem, była wojna, ale istniały jakieś podstawowe zasady
humanitarne. Strzelaliśmy do jeńców wojennych. I z czego tu być dumnym, powiedz
mi? Ta cała wojna..! Po co nam to było?!
Do pokoju z półmiskiem
sałatki weszła Greta. Na jej twarzy rozciągał się grymas niezadowolenia. Wbiła
tępy wzrok w każdego z nas i powiedziała:
- Wojna dawno się skończyła.
Powinniśmy o niej zapomnieć i zacząć żyć normalnie. Skończcie tą chorą dyskusję
– rzuciła oskarżycielsko.
- Masz rację – przytaknął
Viktor, sięgając po talerzyk – Nie ma o co się spierać. Było, minęło. Może nie
wszystko było po naszej stronie idealne, nie byliśmy kryształami, ale..
- To jest już nieważne –
przerwał mu Otto, rozsiadając się w fotelu.
- Powiedz nam lepiej, jak ci
się wiodło, tam, w Polsce – rzuciła z zainteresowaniem Greta, przysiadając się
do męskiego towarzystwa.
- Cóż, jak już wspomniałem
pracowałem w jednym z warszawskich szpitali. Na początku działałem tylko na
niemieckim oddziale, zajmującym się naszymi rannymi, ale z czasem – tu
zatrzymał się, robiąc znaczną pauzę, jakby wiedział, że nieuchronnie zbliża się
do najważniejszego – zacząłem pomagać i polskim rannym.
- Chyba nie mówisz poważnie?
– wtrącenie Viktora po raz kolejny przywołało na jego twarz gniew.
- A czy to ważne, komu się
pomaga? Każdy jest człowiekiem, każdy potrzebuje pomocy…
- No tak – chrząknął,
sięgając po sałatkę.
- Współpracowałem z jedną
polską lekarką. Znaliśmy się jeszcze z kongresu z Davos, właściwie byliśmy
przyjaciółmi.
- Byliście? – zapytała Greta,
znacząco unosząc brew.
- Właściwie, to nadal
jesteśmy – zakończył speszony.
Małżeństwo spojrzało po
sobie, po czym utkwiło pełen zapytania wzrok w jego twarzy.
- Jesteście ze sobą.. blisko?
– głos Viktora z aksamitnego tonu przeszedł na chłodny, niemalże agresywny ton.
- Tak – przytaknął Otto,
unosząc głowę jeszcze wyżej – Jesteśmy ze sobą bardzo blisko, Viktorze.
- Naprawdę zakochałeś się w
polskiej lekarce w czasie okupacji? –
Greta wykrzywiła usta w niemym zdziwieniu.
- To.. to nie było zależne
ode mnie. To się.. tak po prostu działo. Ciężkie chwile połączyły nas razem.
Wiele razem przeżyliśmy. Oboje z nas zostało dotkniętych wojną.. Oboje kogoś
straciliśmy.. – zakończył, czując pod powiekami łzy. Pomyślał o synu, który
zginął na froncie wschodnim. Chwilę później pomyślał też o Bercie, która w
rozpaczy może teraz zapija swoje smutki i żali się, że trafiła na wyrodnego
męża.
- Rozumiem. Rozumiem już
teraz wszystko – ton głosu Grety zmięknął, a zdziwienie przerodziło się w
radość – Cieszę się, że odnalazłeś szczęście. Bez różnicy, czy z Polką, czy
bez.
- Zgadzam się z Gretą –
przytaknął Viktor, odkładając talerzyk – Źle na to wszystko spojrzałem,
przepraszam.
- W porządku – Otto obdarzył
ich szerokim uśmiechem. Do późna siedzieli w salonie, wsłuchując się w niesamowitą
historię, która przytrafiła się członkowi ich rodziny.
* * *
Z siostrą rozstał się
nazajutrz. Podziękował obojgu za gościnę, po czym udał się na peron, oczekując
na swój pociąg.
Podróż minęła mu szybko. W
myślach podsumował spotkanie z rodziną siostry, które okazało się dosyć owocne;
zrozumieli go. Ich serca zmiękczyły się pod wpływem historii, jaką im
opowiedział. Przepełniła go radość.
W domu zjawił się późno; było
grubo po dwunastej. Zdziwiło go to, że drzwi były otwarte. Przez głowę
przesunęło się mnóstwo czarnych scenariuszy; wśród tych myśli pojawił się obraz
funkcjonariusza UB, chwytającego za włosy ukochaną i wyprowadzającego bez słowa
z domu, widział też wiele innych rzeczy, które z trudem jest się w stanie
przelać na papier. Bezszelestnie wsunął się do mieszkania, zaglądając do
kuchni. Nikogo w niej nie zastał. Skierował się w stronę łazienki, ale i ona
ziała pustką i przepełniona była ciemnością. Dopiero w sypiali zauważył skuloną
postać, odwróconą od drzwi plecami. Nie mógł być to nikt inny, jak nie Marysia.
Nie chcąc jej zbudzić, wsunął
się do pokoju i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Kobieta gwałtownie się
przebudziła i wyprostowała. Nawet podczas snu pozostawała czujna. Pomyślał, że mógł to być jeden z nawyków, który pozostał jej po ciężkich chwilach
wojennych. Błądząc wzrokiem w ciemnościach, natknęła się na wyraźniejszy
kształt, który okazał się być jej ukochanym.
- Otto? – szepnęła.
- Jestem już, kochanie.
Dlaczego nie śpisz? – spytał z tak dobrze znaną jej czułością.
- Obudziły mnie te drzwi.. –
zaśmiała się krótko - Tak się cieszę, że
już jesteś. Martwiłam się.. Pomyślałam nawet, że postanowiłeś zostać w tym
Berlinie..
- Co ty mówisz, Marysiu! –
żachnął się Otto – W życiu nie zostawiłbym w Polsce takiej cudownej kobiety..
Cóż, nie chciałem przedłużać swojej wizyty w obawie, że ktoś mógłby zakraść się
do mojej królowej - zakończył z
chichotem.
- Drań! – szepnęła mu do
ucha, spychając go lekko z łóżka.
- Posłuchaj mnie, Marysiu –
powiedział, a jego głos przybrał poważny ton
- Rozmawiałem długo z moją siostrą Gretą i jej mężem. O wszystkim jej
opowiedziałem..
- Powiedziałeś swojej
rodzinie o nas?!
- O nic się nie martw…
wszystko zrozumieli. Co prawda zanieśli się zdziwieniem słysząc, że zakochałem
się w czasie okupacji i to w Polce, ale.. nie możemy im mieć tego za złe. Są
Niemcami.
- Tak jak i ty – zakończyła
sucho.
- Tak jak i ja, ale… oni do
samego końca wierzyli, że wygramy tę wojnę.
- Otto, możemy przestać o tym
rozmawiać?! – wezbrał w niej gniew. Nie miała sił na prawdowanie się, kto
powinien tę wojnę wygrać – gdyby doszło do takiej dyskusji, twardo trzymałaby
się swojej racji, a może nawet posłała Otto na cztery wiatry. Ta kwestia
pomiędzy nimi nadal była nierozstrzygnięta, a temat „Niemcy-Polska”
konsekwentnie omijany.
- Masz rację, nie rozmawiajmy
o tym – szepnął.
Zasnęli bardzo szybko,
wtuleni w siebie. Otto zakleszczał ją w swoich ramionach, ciesząc się, że ona
jest tak blisko niego. Czuł, że ma władzę – trzyma piękną kobietę w ramionach i
chce ją uchronić od wszelkiego złego. Nie raz przeganiał te przygodne myśli,
nie chcąc, by poniosły go w głębsze fantazje.
Najważniejsze, że ją kochał i
był przy niej. Najważniejsze, że odnajdywała przy nim poczucie bezpieczeństwa.
To się liczyło. I nic więcej.
* *
*
- Czy do ciebie cokolwiek
dociera?! Nie, nie przyjadę do ciebie. CO?! Chyba oszalałaś, upadłaś na głowę!
Nie chcę nawet o tym słyszeć. Jeżeli posuniesz się do tego, to wiedz, że
stracisz cokolwiek w moich oczach.
Trzask słuchawki.
Marysia wsłuchiwała się w
każdo jedno słowo, chłonąc je gdzieś we wnętrzu. Zastanawiała się, z kim to
mógł prowadzić taką ożywioną dyskusję. Czuła nieokreśloną wściekłość. A może
wynikała ona z ostatnich słów – „stracisz COKOLWIEK w moich oczach”. Więc ktoś
jeszcze coś dla niego znaczył? Zapewne była to kobieta.. Kobieta z którą był
blisko kiedyś związany. Łudziła się, że może przyczepiła się do niego jakaś
wariatka, niewiasta, która uroiła sobie kto wie co. Zaraz po tej myśli zganiła
się w myślach; po co tak kombinować? Może faktycznie on kogoś ma i chce się
nagle od tego kogoś odciąć? Biła się z myślami.
Postanowiła wyjść z łóżka i
zajrzeć do kuchni.
Zastała w niej Otto przygotowującego
śniadanie. Ręce mu się trzęsły, kiedy sięgał po kolejne sztućce, przedmioty,
które kładł na stole spoczywały na nim z głuchym brzękiem. Był czymś
zaniepokojony.
- Czy coś się stało? –
zapytała, rozmasowując skronie pulsujące w bólu.
- Nie, nic takiego – uciął,
nie podnosząc na nią wzroku.
- Otto.. Otto, spójrz na mnie. Nie musisz przede mną
niczego kryć – rzuciła ostro.
- Niczego przed tobą nie
kryję, Marysiu. Przecież wiesz, że nie mam przed tobą żadnych tajemnic –
wyjaśnił, sięgając po talerz.
- A mi się wydaje, że jednak
masz – spierała się Marysia, siadając przy stole – Czy przypadkiem nie
rozmawiałeś dzisiaj z kimś rano?
Wszystko wiedziała – pomyślał.
Był święcie przekonany, że ukochana niczego nie usłyszy, gdyż śpi. Zaskoczyła
go, z pewnością. Nawet nie pomyślał, że Marysia mogłaby być świadkiem tej ciętej dyskusji.
- Dowiem się, z kim
rozmawiałeś? – zapytała.
Usiadł przy stole, wlepiając
w nią żałosny wzrok zbitego psa.
- Dzwoniła Berta.
Marysia uniosła brwi wysoko i
miarowo zaczęła kiwać głową. Wszystko zrozumiała. Miała do niego żal i była
wściekła. Czuła się zazdrosna.
- Marysiu, nic nas już nie łączy,
uwierz mi. Berta nie chce się pogodzić z tym, że to już koniec. Dałem jej jasno do zrozumienia, aby dała nam spokój. Marysiu.. – pogładził jej dłoń
– Przecież wiesz, że między nami wszystko jest w porządku.
- Dlaczego więc nie chciałeś mi o tym
powiedzieć? Miałeś coś do ukrycia? – tkwiła przy swoim, starając się wycisnąć z
niego wszystko, co wiedział. Chciała wiedzieć, na czym stoi.
- Po prostu.. – zwilżył usta –
Nie chciałem cię martwić – ot, cała prawda. Nie chciałem zaczynać wszystkiego od
nowa, przecież to przerabialiśmy..
- Już dobrze – rzuciła wesoło
– Nie martw się. Chciałam cię trochę podenerwować, kochany – zachichotała.
Otto odwzajemnił jej szeroki uśmiech.
Usiedli do śniadania.