Świstokliki

środa, 10 lipca 2013

Do domu wrócił posępny. Nie zaglądnął nawet do kuchni, by coś zjeść. Spotkało się to z wielkim zaskoczeniem ze strony Lei, która nie potrafiła zrozumieć zachowania małżonka. Co dzień – w nawet najcięższy dzień pracy – zaglądaj do kuchni, by wrzucić coś na ząb. A tego dnia, tak po prostu zaszył się w swoim pokoju.
Nie sypiali razem. Każde z nich posiadało oddzielony pokój. Skutecznie się omijali. Ona – by nie wpaść na wściekłego męża, któremu coraz częściej trafiały się „kiepskie dni”, On – by mu się nie naprzykrzała i dała chwilę spokoju. Nie byli szczęśliwym małżeństwem, dobrze o tym wiedzieli. Pomimo tego, że fizycznie i psychicznie obydwu stronom było źle, postanowili nic z tym nie robić. Tkwić w tej cichej akceptacji.
Hans rzucił się na miękki materac łóżka i niemal natychmiast zasnął. Pod powiekami przewijały mu się obrazy z całego minionego dnia, które zostały wkomponowane z jeden z najgorszych koszmarów – tych, które często przeszywają do samych kości i przyprawiają o gęsią skórkę.
Spał, wstrząsany dreszczami, nie czując lodowatego potu, który spływał po jego tęgim karku.

                                                       *      *     *
Późnym wieczorem Lea udała się do Karen, by trochę poplotkować. Była spragniona wieczorów, kiedy to razem z Weroniką – przyjaciółką z Niemiec -  paplały o tym i owym do samego rana. W Norwegii nie odnalazła jeszcze bratniej duszy, z którą mogłaby podzielić się swoimi obawami i kłopotami. Jednak zauważyła jej zalążek – była nim Karen, czterdziestoletnia blondyna, o zniewalającym uśmiechu i wyrafinowanym poczuciu humoru. Wbrew pozorom miejscowych była prawdziwą damą – tam, gdzie kończyły się gary i szara rzeczywistość kury domowej, zaczynały się tajemnicze wieczory, w których spotykała się z nową znajomą. I wówczas przegrzebywała szafę, by wydobyć z niej jakieś ładne wdzianko i zabłyszczeć. Czuła się jak prawdziwa pani z miasta.
- Jesteś wreszcie! – pisnęła, by chwilę później przytknąć dłoń do ust – Mąż śpi w sypialni, musimy być cicho – zachichotała.
- Dzisiaj nie będę siedziała długo – wyjaśniła Lea, ściągając apaszkę – Boję się, że obudziłby się Hans i…
- Daj spokój! Twój mąż na pewno wszystko zrozumie.
- Nie byłabym tego taka pewna.. – odpowiedziała ze smutkiem. Na samą myśl o tym, że Hans zbudziłby się w środku nocy i zauważył jej nieobecność, poczuła nieprzyjemne ukłucie. Od razu zacząłby ją podejrzewać o romans, nocne spotkania z kochankiem, który ma zastąpić wyrodnego męża. Miała do niego żal. Nie raz wzdychała po cichu do Jurga – miejscowego mleczarza – w którym była zadurzona od dwóch miesięcy. Jednak z przyzwoitości – i trochę z godności, by nadal być wzorem mężatki – nie proponowała potajemnych spotkań. Wiedziała, że romans to pierwszy stopień do zeszmacenia się. A ona chciała trzymać poziom.
- Chodź do pokoju. I nie przejmuj się Hansem. To wieczór na nasze babskie sprawy – rzuciła, obejrzawszy się przez ramię. Przesuwały się w stronę pokoju dziennego, w którym zawsze spotykały się na nocne pogaduszki.
Karen nacisnęła włącznik światła i usiadła na podłodze. Sięgnęła w pośpiechu po poduszkę i rzuciła ją na dywan.
- Masz, siadaj.
Jak zwykle nocne plotkowanie otworzyła Karen. Przez piętnaście minut trajkotała o nie umytej córce Sary, która przyczłapała o drugiej po południu – w porze, kiedy jest największy ruch – do miejscowego sklepu. Nie kryła oburzenia wobec Sary, która – według niej – nie była dobrą matką i nie potrafiła wychować swojej córki na porządną kobietę.
- Niedorzeczność! – westchnęła, przegryzając piernika – Te dziecko nigdy nie będzie prawdziwą damą.
Lea pokiwała ze zrozumieniem.
- A ty zauważyłaś coś ciekawego? – zapytała w końcu.
- Tak – przytaknęła – Nina Sojer, żona tego autobusiarza, wypadła wczoraj z domu z płaczem. Za sobą ciągnęła małą Ritę, która również darła się w niebogłosy. Matta nie zauważyłam. Coś musiało się wydarzyć. Oni przecież tak dbają o to, by ich brudy nie wychodzi poza mury domu!
- Hmm – zamyśliła się Karen – Myślę, że mogło to być związane z jej tajemnicą, którą tak skrzętnie ukrywała. Nina ma faceta, który mieszka w okolicznej miejscowości. Nawiązała z nim romans przed rokiem, spotykając się za plecami męża. Pewnie o wszystkim się dowiedział. Jestem tego pewna – ucięła, opychając usta kolejnym piernikiem – Wiesz, u nas zawsze mężatki romansujące są potępiane. Nie mają tutaj życia, dlatego bardzo szybko się przenoszą. Być może nie zobaczymy już w naszych stronach Niny. Ma za swoje.
- Dlaczego nie ma mieć prawa do szczęścia? – wyrwało się Lei.
- Dlaczego? – parsknęła – Przecież przysięgała przed Bogiem, że „dopóki śmierć nas nie rozłączy”! A to dlatego! Nie powinna łamać tak ważnej deklaracji, przecież to obieca składana Stwórcy, obietnica, której nie można lekceważyć!
- Na mnie już czas – Lea posmutniała. Nie była w stanie dalej kontynuować tej rozmowy – Muszę wracać do domu, już późno.
- Odprowadzić cię? – zaproponowała Karen.
- Nie, dziękuję. Dojdę sama. Dobranoc, śpij dobrze.

Wyszła, bijąc się z własnymi myślami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy