Do domu wrócił posępny. Nie
zaglądnął nawet do kuchni, by coś zjeść. Spotkało się to z wielkim zaskoczeniem
ze strony Lei, która nie potrafiła zrozumieć zachowania małżonka. Co dzień – w
nawet najcięższy dzień pracy – zaglądaj do kuchni, by wrzucić coś na ząb. A
tego dnia, tak po prostu zaszył się w swoim pokoju.
Nie sypiali razem. Każde z
nich posiadało oddzielony pokój. Skutecznie się omijali. Ona – by nie wpaść na
wściekłego męża, któremu coraz częściej trafiały się „kiepskie dni”, On – by mu
się nie naprzykrzała i dała chwilę spokoju. Nie byli szczęśliwym małżeństwem,
dobrze o tym wiedzieli. Pomimo tego, że fizycznie i psychicznie obydwu stronom
było źle, postanowili nic z tym nie robić. Tkwić w tej cichej akceptacji.
Hans rzucił się na miękki
materac łóżka i niemal natychmiast zasnął. Pod powiekami przewijały mu się
obrazy z całego minionego dnia, które zostały wkomponowane z jeden z
najgorszych koszmarów – tych, które często przeszywają do samych kości i
przyprawiają o gęsią skórkę.
Spał, wstrząsany dreszczami,
nie czując lodowatego potu, który spływał po jego tęgim karku.
* * *
Późnym wieczorem Lea udała się
do Karen, by trochę poplotkować. Była spragniona wieczorów, kiedy to razem z
Weroniką – przyjaciółką z Niemiec -
paplały o tym i owym do samego rana. W Norwegii nie odnalazła jeszcze
bratniej duszy, z którą mogłaby podzielić się swoimi obawami i kłopotami.
Jednak zauważyła jej zalążek – była nim Karen, czterdziestoletnia blondyna, o
zniewalającym uśmiechu i wyrafinowanym poczuciu humoru. Wbrew pozorom
miejscowych była prawdziwą damą – tam, gdzie kończyły się gary i szara
rzeczywistość kury domowej, zaczynały się tajemnicze wieczory, w których
spotykała się z nową znajomą. I wówczas przegrzebywała szafę, by wydobyć z niej
jakieś ładne wdzianko i zabłyszczeć. Czuła się jak prawdziwa pani z miasta.
- Jesteś wreszcie! – pisnęła,
by chwilę później przytknąć dłoń do ust – Mąż śpi w sypialni, musimy być cicho
– zachichotała.
- Dzisiaj nie będę siedziała
długo – wyjaśniła Lea, ściągając apaszkę – Boję się, że obudziłby się Hans i…
- Daj spokój! Twój mąż na
pewno wszystko zrozumie.
- Nie byłabym tego taka
pewna.. – odpowiedziała ze smutkiem. Na samą myśl o tym, że Hans zbudziłby się
w środku nocy i zauważył jej nieobecność, poczuła nieprzyjemne ukłucie. Od razu
zacząłby ją podejrzewać o romans, nocne spotkania z kochankiem, który ma
zastąpić wyrodnego męża. Miała do niego żal. Nie raz wzdychała po cichu do
Jurga – miejscowego mleczarza – w którym była zadurzona od dwóch miesięcy.
Jednak z przyzwoitości – i trochę z godności, by nadal być wzorem mężatki – nie
proponowała potajemnych spotkań. Wiedziała, że romans to pierwszy stopień do
zeszmacenia się. A ona chciała trzymać poziom.
- Chodź do pokoju. I nie
przejmuj się Hansem. To wieczór na nasze babskie sprawy – rzuciła, obejrzawszy
się przez ramię. Przesuwały się w stronę pokoju dziennego, w którym zawsze
spotykały się na nocne pogaduszki.
Karen nacisnęła włącznik
światła i usiadła na podłodze. Sięgnęła w pośpiechu po poduszkę i rzuciła ją na
dywan.
- Masz, siadaj.
Jak zwykle nocne plotkowanie
otworzyła Karen. Przez piętnaście minut trajkotała o nie umytej córce Sary,
która przyczłapała o drugiej po południu – w porze, kiedy jest największy ruch
– do miejscowego sklepu. Nie kryła oburzenia wobec Sary, która – według niej –
nie była dobrą matką i nie potrafiła wychować swojej córki na porządną kobietę.
- Niedorzeczność! –
westchnęła, przegryzając piernika – Te dziecko nigdy nie będzie prawdziwą damą.
Lea pokiwała ze zrozumieniem.
- A ty zauważyłaś coś ciekawego?
– zapytała w końcu.
- Tak – przytaknęła – Nina Sojer,
żona tego autobusiarza, wypadła wczoraj z domu z płaczem. Za sobą ciągnęła małą
Ritę, która również darła się w niebogłosy. Matta nie zauważyłam. Coś musiało się
wydarzyć. Oni przecież tak dbają o to, by ich brudy nie wychodzi poza mury domu!
- Hmm – zamyśliła się Karen –
Myślę, że mogło to być związane z jej tajemnicą, którą tak skrzętnie ukrywała. Nina
ma faceta, który mieszka w okolicznej miejscowości. Nawiązała z nim romans przed
rokiem, spotykając się za plecami męża. Pewnie o wszystkim się dowiedział. Jestem
tego pewna – ucięła, opychając usta kolejnym piernikiem – Wiesz, u nas zawsze mężatki
romansujące są potępiane. Nie mają tutaj życia, dlatego bardzo szybko się przenoszą.
Być może nie zobaczymy już w naszych stronach Niny. Ma za swoje.
- Dlaczego nie ma mieć prawa do
szczęścia? – wyrwało się Lei.
- Dlaczego? – parsknęła – Przecież
przysięgała przed Bogiem, że „dopóki śmierć nas nie rozłączy”! A to dlatego! Nie
powinna łamać tak ważnej deklaracji, przecież to obieca składana Stwórcy, obietnica,
której nie można lekceważyć!
- Na mnie już czas – Lea posmutniała.
Nie była w stanie dalej kontynuować tej rozmowy – Muszę wracać do domu, już późno.
- Odprowadzić cię? – zaproponowała
Karen.
- Nie, dziękuję. Dojdę sama. Dobranoc,
śpij dobrze.
Wyszła, bijąc się z własnymi myślami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz