W pokoju roznosił się
słodkawy zapach cygaro, przyjemnie łaskoczący nozdrza. Na srebrzystej taczce
spoczywała pomarańcza, cudownie iskrząca się w słońcu. Już miał zjeść owoc,
kiedy w pokoju zjawił się on.
I od razu to zauważył;
cyniczny uśmieszek błąkający się po ustach. Kapelusz, który bez cienia
skrępowania, nie mówiąc nawet „dzień dobry” zawiesza na jednym ze stojaków. Chochliki
tańczące w oczach. Chytry i przebiegły jak lis.
- Nie mogę powiedzieć, że
miło mi cię widzieć – mówi, rozsiadając się w skórzanym fotelu.
- Zdobądź się choć na
odrobinkę życzliwości. I szczodrości – rzuca, podchodząc do stoliczka z
koniakiem.
Bez skrępowania, tego samego,
które pozwalało mu ot tak rozgościć się
w gabinecie, sięgnął po kieliszki i
nalał trochę alkoholu. Podsunął mu na
biurku, po czym delektując się krótką ciszą (w której nie szczebiocze) upił mały
łyk, lekko mrużąc oczy. Nie widać już było palących się chochlików, ale można
było odczuć, że rozrywają mu powieki,
chcąc znowu bezczelnie tańczyć i zadziwiać. Bezwiednie obracał w dłoni
kieliszek, przyglądając się płynowi, który złociście krążył w naczyniu.
-
Nie podoba mi się to.
-
Co? – lekkie uniesieni brwi, ten cholerny błysk w oku i nonszalanckie
poluzowanie krawata – To, że goszczę się twoim koniakiem, czy raczej to, że
narzucam ci swoją osobę?
-
Zdecydowanie to drugie – odparł drugi, marszcząc czoło.
-
Miałem nadzieję, że uda nam się polepszyć nasze relacje i zaprzyjaźnić.
-
Odpuść sobie – warknięcie.
-
Dzisiaj nie masz humoru.. Każdy ma gorsze dni. Wpadnę jutro. Może będziesz miał
lepszy dzień?
Potem
słychać tylko trzaśnięcie pięści o blat stolika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz