Świstokliki

czwartek, 18 lipca 2013

,,What comes around goes around"

Za wszelkie błędy, a zwłaszcza literówki, przepraszam. 

Musiał wyjechać do Berlina. Zostawił w Polsce ukochaną kobietę, nie bacząc na to, jakich krzywd może dostąpić ze strony władz, które z uporem, ślad po śladzie, szukali lekarzy współpracujących ongiś z polskim podziemiem. Maria stanowiła dla nich łatwy kąsek, stąd też przez cały czas podróży bił się z myślami, czy aby na pewno postąpił roztropnie. Nie zniósłby widoku pustego mieszkania i maczku liter, pośpiesznie nabazgranych na pierwszym lepszym kawałku papieru – „nie martw się, niedługo wrócę”. Byłoby to ciosem niewyobrażalnie bolesnym, piętnującym go na całe życie – patrząc w  lustro, ze wstydem opuszczałby głowę, nie mogąc patrzeć na swoją własną twarz. Stałby się nikim; straciłby jakąkolwiek wiarę w siebie.
Dlatego w czasie podróży, kiedy pociąg z ociąganiem sapał i sunął po naoliwionych szynach, rozmyślał o tym, co też może ona robić. Może z czułością podlewa kolejne kwiaty znajdujące się w ogrodzie? Albo przygotowuje dla siebie kolację, z namaszczeniem wycierając talerzyk, na którym za chwilę położy kromkę chleba? Znał ją dość dobrze, a przez cały czas była dla niego nie odkrytą tajemnicą, otuloną jakimś potężnym nimbem – fascynowała go jako kobieta; podziwiał w niej siłę, jaka była w jej posiadaniu. Przez cały czas stanowiła  dla niego cel, który tak bardzo chciał osiągnąć. Nigdy nie uważał, że ją w jakikolwiek sposób „posiadł”, zdobył. Nawet do tego nie dążył. Zadanie, jakie sobie postawił było poważne i trudne – chciał pozostać przy niej, aż do końca swoich dni. Móc co dzień spoglądać w oczy, które były oceanem myśli, spijać z ust każde jedno słowo, które budziło go, a także usypiało.
Na jego twarzy rozlał się szeroki uśmiech. Pomimo tego, że była daleko od niego, czuł jej obecność. W plecaku, który tak pieczołowicie przygotowała na jego wyjazd, spoczywała koszula, uprzednio sprana w jej dłoniach i wyprasowana. Wszystko to, co znalazło się we wnętrzu tego podręcznego bagażu, zostało przygotowane przez nią z miłością i należytą troskliwością.
- Otto, w plecaku masz termos i kanapki – tłumaczyła, gorączkowo wycierając dłonie w fartuch – Pamiętaj, aby zjeść je w trakcie podróży; herbata szybko może wystygnąć, a kanapki zwyczajnie popsuć. Proszę cię – szepnęła, ucałowawszy jego policzek.
- Oczywiście – przytaknął, przysuwając ją do siebie i zatapiając w miękkich, luźno opadających lokach – Na mnie już czas – rzucił, sięgając po plecak.
Odszedł, posyłając jej z podwórza tęskne spojrzenia, te rodzaje spojrzeń, od których serca zakochanych kobiet zdają się pękać od tęsknoty i wyrywać z piersi. Miał na nią nieprawdopodobny wpływ. Był lekarstwem, który nie zastąpiłby żadnego z dostępnych medykamentów.
Pomachała mu na odchodnym czując, jak po bladym policzku spływa gorąca łza.

                                                       *       *     *
Berlin, pomimo wielkich zniszczeń, jakich dostąpił w czasie wojny, szybko powrócił do pierwotnego stanu. Zdawało się, że ciężkie czasy go ominęły; miasto dumnie iskrzyło się w słońcu, kusząc witrynami sklepowymi wypełnionymi słodkościami i różnymi błyskotkami. Znajdował się w miejscu, które – jak pogardliwie wyrażali się Polacy – było wylęgarnią pluskiew samego diabła. To od Berlina wszystko się zaczęło. Z przykrością spoglądał na miasto, które przed wojną było światowym ośrodkiem nauki, kultury i sztuki. Teraz Berlin kojarzył się tylko z Hitlerem, wojennym terrorem i złem koniecznym. Otto nie krył przed nikim, że kocha Berlin – to tutaj co roku wczasował z rodzicami, spotykał się z przyjaciółmi, chodził na koncerty do opery i byczył się z siostrą Gretą w parku. Z rozdartym sercem spoglądał na miasto, które musiało dźwigać ciężar przeciwności losu, pogardy i ogólnej niechęci – a przecież ono nie było niczemu winne! Nie było gorsze od innych europejskich miast, w niektórych aspektach nawet prześcigało je. Ciężko było pogodzić się z tym, co o Berlinie myśleli jego sąsiedzi, jak i inne państwa. Pomimo tego, że Berlin miał się wspaniale i wyglądał przepięknie, nie można było w nim wyczuć tej dawnej, przepełniającej go atmosfery.

To nie było to samo miejsce.

Przyjechał tutaj, by odwiedzić siostrę, która po wojennej zawierusze zdecydowała się na powrót do Niemiec. Latem 1939 roku wraz mężem i dzieckiem wyjechała do Szwajcarii. Otto pamiętał, jak usilnie błagała go o to, by im towarzyszył; bała się o jego los. Niemalże przeczuwała, że wojna – która nieuchronnie miała wybuchnąć – zmusi go do chwycenia za broń. Kochała go i nie przeżyłaby jego śmierci. Zapewniała go, że matka – Sofia – bardzo chciałaby, by trzymała brata przy sobie. Ale on był starszy i nieugięty. Nie chciał uciekać, był pewien sił Rzeszy. Był pewien Hitlera, który miał wprowadzić Niemcy w lepszą rzeczywistość. Już wkrótce miał się przekonać, jakim zimnym draniem i manipulatorem był Wielki Wódz.
Po kapitulacji Niemiec wraz z mężem i ośmioletnim już synkiem powróciła do Berlina. Jednak nie zastała tam nic, prócz wielkiej wyrwy po bombie i zburzonej kamienicy. Była to pamiątka po maju ’45. Nie mieli innego wyboru, jak wyciągnąć uciułane pieniądze i kupić niewielkie mieszkanko już nie w centrum, ale w pobliskiej dzielnicy. W ciągu czterech lat Berlin został uprzątnięty po działaniach wojennych. Powróciła jego dawna świetność.
Z adresem w ręku maszerował w stronę kamieniczki, w której znajdowało się mieszkanie państwa Grossów. Stanąwszy przed ich mieszkaniem, niepewnie zapukał, oczekując pojawienia się któregoś z członków rodziny.
U progu pojawiła się Greta. Nadal miała długie kasztanowe włosy. Włożyła na siebie szafirową sukienkę, która podkreślała jej nienaganną figurę. Była piękna.
- Otto? – zapytała słabo, jakby z lekkim niedowierzaniem, po czym rzuciła mu się na szyję, by obsypać go pocałunkami – Minęło tyle lat! Wchodź – zachęciła go, maszerując w stronę salonu i nerwowo wycierając nos.
Ich mieszkanie było urządzone gustownie, ale skromnie. Salon był największy spośród wszystkich pokoi.
- Witaj – Viktor uścisnął dłoń swojego szwagra, posyłając mu serdeczny uśmiech – Wreszcie możemy pogadać! No, Klemens, przywitaj się z wujkiem! – zachichotał.
Chłopiec posunął się niepewnie w jego stronę, z opuszczoną główką podając dygocącą dłoń.
- Krępuje się – zauważył Otto, siadając na jednym z ustawionych krzeseł.
- Nie ma czego, synu! – rzucił wesoło Viktor, zagarniając chłopca na kolana – To twój wujaszek, pewnie niezbyt go pamiętasz!
- Viktor, jak ma pamiętać! Był niemalże niemowlęciem.. – rzuciła z kuchni Greta.
- No tak. Ech, ile temu to było.. Sierpień ’39 roku. Pakowaliśmy się, na łeb, na szyję do tej Szwajcarii. Znajomy podsunął nam ten pomysł, mieszkał w dużym domu. Ileśmy się naprosili, żebyś dołączył do nas! – zaśmiał się Viktor – Nawet nie chciałeś o tym słyszeć.
- Ktoś musiał zostać – uciął smutno Otto, bawiąc się atłasową tasiemką, którą przewiązany był jego kapelusz.
- Ale po co? Tu nie było po co zostawać. Hitler sam wszystkim się zajął, zaprowadził porządek, dzielnie nami kierował.. No cóż, powinęła mu się kilka razy noga – to się zdarza nawet najlepszym! – zakończył entuzjastycznie Viktor, mierzwiąc czuprynę synka.
- Hitler? Nasz „Wielki Wódz” okazał się manipulatorem i piekielną gnidą, wysłaną przez samego szatana! – Otto przestał przebierać w słowach, kierowały nim emocje – Do czego doprowadził? Do masowej eksterminacji ludności. Bo co, nie pasował mu krzywy nos u Żyda i śniada skóra o Roma?!
- Posłuchaj – zaczął, ściągając synka z kolan – To nie była eksterminacja ludności, ale hołoty, która zagrażała nie tylko nam, ale i innym  narodom. Trzeba było wytępić tych złodziei.
- Chyba nigdy cię nie znałem, Viktor – w jego oczach zapalił się gniew, który szalał teraz jak ogień pożerający wszystko, co stanie mu  na drodze.
- E, a ty co się taki zrobiłeś? Gdzieś w ogóle był podczas tej wojny? Bo jakoś niezbyt o naszych mówisz..
- Przestańcie już! – głos Grety był stanowczy, ale i on nie potrafił uciszyć pary dyskutujących mężczyzn, usiłujących udowodnić swoje racje.
- W 1941 wysłali mnie do Polski, gdzie miałem służyć w jednym z miejskich szpitali w Warszawie. Uwierz mi, zobaczyłem tam wszystko. Jestem lekarzem i wiesz, mam pewien szacunek do życia.. – spuścił wzrok, po czym znowu utkwił w nim świdrujące spojrzenie – To, co nasi wyrabiali w tych szpitalach, jak traktowali pacjentów, bez nóg, bez rąk, tych, którzy ledwo mogli otworzyć usta.. To przechodziło jakiekolwiek pojęcie. Zrozumiałem, że Trzecia Rzesza jest tworem, który nigdy nie miał prawa istnieć. Ja rozumiem, była wojna, ale istniały jakieś podstawowe zasady humanitarne. Strzelaliśmy do jeńców wojennych. I z czego tu być dumnym, powiedz mi? Ta cała wojna..! Po co nam to było?!
Do pokoju z półmiskiem sałatki weszła Greta. Na jej twarzy rozciągał się grymas niezadowolenia. Wbiła tępy wzrok w każdego z nas i powiedziała:
- Wojna dawno się skończyła. Powinniśmy o niej zapomnieć i zacząć żyć normalnie. Skończcie tą chorą dyskusję – rzuciła oskarżycielsko.
- Masz rację – przytaknął Viktor, sięgając po talerzyk – Nie ma o co się spierać. Było, minęło. Może nie wszystko było po naszej stronie idealne, nie byliśmy kryształami, ale..
- To jest już nieważne – przerwał mu Otto, rozsiadając się w fotelu.
- Powiedz nam lepiej, jak ci się wiodło, tam, w Polsce – rzuciła z zainteresowaniem Greta, przysiadając się do męskiego towarzystwa.
- Cóż, jak już wspomniałem pracowałem w jednym z warszawskich szpitali. Na początku działałem tylko na niemieckim oddziale, zajmującym się naszymi rannymi, ale z czasem – tu zatrzymał się, robiąc znaczną pauzę, jakby wiedział, że nieuchronnie zbliża się do najważniejszego – zacząłem pomagać i polskim rannym.
- Chyba nie mówisz poważnie? – wtrącenie Viktora po raz kolejny przywołało na jego twarz gniew.
- A czy to ważne, komu się pomaga? Każdy jest człowiekiem, każdy potrzebuje pomocy…
- No tak – chrząknął, sięgając po sałatkę.
- Współpracowałem z jedną polską lekarką. Znaliśmy się jeszcze z kongresu z Davos, właściwie byliśmy przyjaciółmi.
- Byliście? – zapytała Greta, znacząco unosząc brew.
- Właściwie, to nadal jesteśmy – zakończył speszony.
Małżeństwo spojrzało po sobie, po czym utkwiło pełen zapytania wzrok w jego twarzy.
- Jesteście ze sobą.. blisko? – głos Viktora z aksamitnego tonu przeszedł na chłodny, niemalże agresywny ton.
- Tak – przytaknął Otto, unosząc głowę jeszcze wyżej – Jesteśmy ze sobą bardzo blisko, Viktorze.
- Naprawdę zakochałeś się w polskiej lekarce w czasie okupacji? –  Greta wykrzywiła usta w niemym zdziwieniu.
- To.. to nie było zależne ode mnie. To się.. tak po prostu działo. Ciężkie chwile połączyły nas razem. Wiele razem przeżyliśmy. Oboje z nas zostało dotkniętych wojną.. Oboje kogoś straciliśmy.. – zakończył, czując pod powiekami łzy. Pomyślał o synu, który zginął na froncie wschodnim. Chwilę później pomyślał też o Bercie, która w rozpaczy może teraz zapija swoje smutki i żali się, że trafiła na wyrodnego męża.
- Rozumiem. Rozumiem już teraz wszystko – ton głosu Grety zmięknął, a zdziwienie przerodziło się w radość – Cieszę się, że odnalazłeś szczęście. Bez różnicy, czy z Polką, czy bez.
- Zgadzam się z Gretą – przytaknął Viktor, odkładając talerzyk – Źle na to wszystko spojrzałem, przepraszam.
- W porządku – Otto obdarzył ich szerokim uśmiechem. Do późna siedzieli w salonie, wsłuchując się w niesamowitą historię, która przytrafiła się członkowi ich rodziny.

                                                  *      *    *
Z siostrą rozstał się nazajutrz. Podziękował obojgu za gościnę, po czym udał się na peron, oczekując na swój pociąg.
Podróż minęła mu szybko. W myślach podsumował spotkanie z rodziną siostry, które okazało się dosyć owocne; zrozumieli go. Ich serca zmiękczyły się pod wpływem historii, jaką im opowiedział. Przepełniła go radość.
W domu zjawił się późno; było grubo po dwunastej. Zdziwiło go to, że drzwi były otwarte. Przez głowę przesunęło się mnóstwo czarnych scenariuszy; wśród tych myśli pojawił się obraz funkcjonariusza UB, chwytającego za włosy ukochaną i wyprowadzającego bez słowa z domu, widział też wiele innych rzeczy, które z trudem jest się w stanie przelać na papier. Bezszelestnie wsunął się do mieszkania, zaglądając do kuchni. Nikogo w niej nie zastał. Skierował się w stronę łazienki, ale i ona ziała pustką i przepełniona była ciemnością. Dopiero w sypiali zauważył skuloną postać, odwróconą od drzwi plecami. Nie mógł być to nikt inny, jak nie Marysia.
Nie chcąc jej zbudzić, wsunął się do pokoju i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Kobieta gwałtownie się przebudziła i wyprostowała. Nawet podczas snu pozostawała czujna. Pomyślał, że  mógł to być jeden z nawyków, który pozostał jej po ciężkich chwilach wojennych. Błądząc wzrokiem w ciemnościach, natknęła się na wyraźniejszy kształt, który okazał się być jej ukochanym.
- Otto? – szepnęła.
- Jestem już, kochanie. Dlaczego nie śpisz? – spytał z tak dobrze znaną jej czułością.
- Obudziły mnie te drzwi.. – zaśmiała się krótko -  Tak się cieszę, że już jesteś. Martwiłam się.. Pomyślałam nawet, że postanowiłeś zostać w tym Berlinie..
- Co ty mówisz, Marysiu! – żachnął się Otto – W życiu nie zostawiłbym w Polsce takiej cudownej kobiety.. Cóż, nie chciałem przedłużać swojej wizyty w obawie, że ktoś mógłby zakraść się do mojej królowej -  zakończył z chichotem.
- Drań! – szepnęła mu do ucha, spychając go lekko z łóżka.
- Posłuchaj mnie, Marysiu – powiedział, a jego głos przybrał poważny ton  - Rozmawiałem długo z moją siostrą Gretą i jej mężem. O wszystkim jej opowiedziałem..
- Powiedziałeś swojej rodzinie o nas?!
- O nic się nie martw… wszystko zrozumieli. Co prawda zanieśli się zdziwieniem słysząc, że zakochałem się w czasie okupacji i to w Polce, ale.. nie możemy im mieć tego za złe. Są Niemcami.
- Tak jak i ty – zakończyła sucho.
- Tak jak i ja, ale… oni do samego końca wierzyli, że wygramy tę wojnę.
- Otto, możemy przestać o tym rozmawiać?! – wezbrał w niej gniew. Nie miała sił na prawdowanie się, kto powinien tę wojnę wygrać – gdyby doszło do takiej dyskusji, twardo trzymałaby się swojej racji, a może nawet posłała Otto na cztery wiatry. Ta kwestia pomiędzy nimi nadal była nierozstrzygnięta, a temat „Niemcy-Polska” konsekwentnie omijany.
- Masz rację, nie rozmawiajmy o tym – szepnął.
Zasnęli bardzo szybko, wtuleni w siebie. Otto zakleszczał ją w swoich ramionach, ciesząc się, że ona jest tak blisko niego. Czuł, że ma władzę – trzyma piękną kobietę w ramionach i chce ją uchronić od wszelkiego złego. Nie raz przeganiał te przygodne myśli, nie chcąc, by poniosły go w głębsze fantazje.
Najważniejsze, że ją kochał i był przy niej. Najważniejsze, że odnajdywała przy nim poczucie bezpieczeństwa. To się liczyło. I nic więcej.

                                                      *      *    *
- Czy do ciebie cokolwiek dociera?! Nie, nie przyjadę do ciebie. CO?! Chyba oszalałaś, upadłaś na głowę! Nie chcę nawet o tym słyszeć. Jeżeli posuniesz się do tego, to wiedz, że stracisz cokolwiek w moich oczach.

Trzask słuchawki.

Marysia wsłuchiwała się w każdo jedno słowo, chłonąc je gdzieś we wnętrzu. Zastanawiała się, z kim to mógł prowadzić taką ożywioną dyskusję. Czuła nieokreśloną wściekłość. A może wynikała ona z ostatnich słów – „stracisz COKOLWIEK w moich oczach”. Więc ktoś jeszcze coś dla niego znaczył? Zapewne była to kobieta.. Kobieta z którą był blisko kiedyś związany. Łudziła się, że może przyczepiła się do niego jakaś wariatka, niewiasta, która uroiła sobie kto wie co. Zaraz po tej myśli zganiła się w myślach; po co tak kombinować? Może faktycznie on kogoś ma i chce się nagle od tego kogoś odciąć? Biła się z myślami.
Postanowiła wyjść z łóżka i zajrzeć do kuchni.
Zastała w niej Otto przygotowującego śniadanie. Ręce mu się trzęsły, kiedy sięgał po kolejne sztućce, przedmioty, które kładł na stole spoczywały na nim z głuchym brzękiem. Był czymś zaniepokojony.
- Czy coś się stało? – zapytała, rozmasowując skronie pulsujące w bólu.
- Nie, nic takiego – uciął, nie podnosząc na nią wzroku.
- Otto..  Otto, spójrz na mnie. Nie musisz przede mną niczego kryć – rzuciła ostro.
- Niczego przed tobą nie kryję, Marysiu. Przecież wiesz, że nie mam przed tobą żadnych tajemnic – wyjaśnił, sięgając po talerz.
- A mi się wydaje, że jednak masz – spierała się Marysia, siadając przy stole – Czy przypadkiem nie rozmawiałeś dzisiaj z kimś rano?
Wszystko wiedziała – pomyślał. Był święcie przekonany, że ukochana niczego nie usłyszy, gdyż śpi. Zaskoczyła go, z pewnością. Nawet nie pomyślał, że Marysia mogłaby być świadkiem tej ciętej dyskusji.
- Dowiem się, z kim rozmawiałeś? – zapytała.
Usiadł przy stole, wlepiając w nią żałosny wzrok zbitego psa.
- Dzwoniła Berta.
Marysia uniosła brwi wysoko i miarowo zaczęła kiwać głową. Wszystko zrozumiała. Miała do niego żal i była wściekła. Czuła się zazdrosna.
- Marysiu, nic nas już nie łączy, uwierz mi. Berta nie chce się pogodzić z tym, że to już koniec. Dałem jej jasno do zrozumienia, aby dała nam spokój. Marysiu.. – pogładził jej dłoń – Przecież wiesz, że między nami wszystko jest w porządku.
- Dlaczego więc  nie chciałeś mi o tym powiedzieć? Miałeś coś do ukrycia? – tkwiła przy swoim, starając się wycisnąć z niego wszystko, co wiedział. Chciała wiedzieć, na czym stoi.
- Po prostu.. – zwilżył usta – Nie chciałem cię martwić – ot, cała prawda. Nie chciałem zaczynać wszystkiego od nowa, przecież to przerabialiśmy..
- Już dobrze – rzuciła wesoło – Nie martw się. Chciałam cię trochę podenerwować, kochany – zachichotała.

Otto odwzajemnił jej szeroki uśmiech. Usiedli do śniadania.

2 komentarze:

  1. No cóż... poczatek mi się nie spodobał... "Musiał wyjechać do Berlina. Zostawił w Polsce ukochaną kobietę", obiecywałaś, że tego nie zrobi! Na szczęście rozstanie nie było długotrwałe, nie musiałam włączyć w tle "Mirrors" i zalewać się łzami, za co serdecznie dziękuję ::)

    "- Otto, w plecaku masz termos i kanapki – tłumaczyła, gorączkowo wycierając dłonie w fartuch – Pamiętaj, aby zjeść je w trakcie podróży; herbata szybko może wystygnąć, a kanapki zwyczajnie popsuć. Proszę cię – szepnęła, ucałowawszy jego policzek."
    To mnie kompletnie... rozbroiło. Oczami wyobraźni (tak, oczami wyobraźni widuję czasami, no dobra, bardzo często... różne "dziwne" - delikatnie mówiąc - rzeczy) zobaczyłam Marysię, która owy termos i kanapki daje ośmioletniemu Otto (nie, ten Otto to wcale nie jej ukochany, który się uwstecznia, tylko efekt grania przeze mnie w Simsy, konkretnie elementu "zbuduję im dom... będą mieli dziecko....") i jeszcze tam na końcu "tylko bądź grzeczny i słuchaj pani (tutaj w domyśle powinno być "Berty" xD).

    "- Oczywiście – przytaknął, przysuwając ją do siebie i zatapiając w miękkich, luźno opadających lokach – Na mnie już czas – rzucił, sięgając po plecak."
    Tutaj mi czegoś brakuje... napisałabym "zatapiając twarz w miękkich, luźno opadających lokach" ;)

    "Pomachała mu na odchodnym czując, jak po bladym policzku spływa gorąca łza. "
    A co, jeżeli on nigdy nie wróci?! *w tej chwili zerkam na koniec opowiadania* - uff... no, chyba, że Marysia zasiada do śniadania z duchami... ::)

    Berlin pięknie opisany, droga autorko, ale za pierwszym razem się nie mogłam skoncentrować, siedziałam jak na szpilkach, histeryzując, jak się potoczy to spotkanie z siostrą... ;) A teraz stwierdzam, że opisane pięknie, szczególnie fragment "Z rozdartym sercem spoglądał na miasto, które musiało dźwigać ciężar przeciwności losu, pogardy i ogólnej niechęci – a przecież ono nie było niczemu winne! Nie było gorsze od innych europejskich miast, w niektórych aspektach nawet prześcigało je."

    Gerta - Berta...

    Była - Berta,
    siostra - Gerta...
    Żona - Maria,
    Team Ottaria! (tak, w tym momencie przewracasz oczami czytając mój komentarz, wiem o tym ::) ).

    Dobra, wracając do tematu....Wiedziałam, że w pewnej chwili Otto wybuchnie, czułam to! Ja go takiego kocham! :D

    "wśród tych myśli pojawił się obraz funkcjonariusza UB, chwytającego za włosy ukochaną i wyprowadzającego bez słowa z domu" - Ty się Kamilko zastanów, co piszesz, ja Cię proszę, bo bardzo wyraźnie widzę tę scenę.... Kto wie, co z tego mojego widzenia wyniknie... ;)

    " Zasnęli bardzo szybko, wtuleni w siebie. Otto zakleszczał ją w swoich ramionach, ciesząc się, że ona jest tak blisko niego. Czuł, że ma władzę – trzyma piękną kobietę w ramionach i chce ją uchronić od wszelkiego złego. Nie raz przeganiał te przygodne myśli, nie chcąc, by poniosły go w głębsze fantazje.
    Najważniejsze, że ją kochał i był przy niej. Najważniejsze, że odnajdywała przy nim poczucie bezpieczeństwa. To się liczyło. I nic więcej. "
    You made my day! <3
    http://sacredart-murals.co.uk/Shop/images/products/Unicorn_Castle_CANVAS_02.jpg

    " - Dowiem się, z kim rozmawiałeś? – zapytała.
    Usiadł przy stole, wlepiając w nią żałosny wzrok zbitego psa. (Klaudia padła i nie może się podnieść, histeryczny atak śmiechu... :) )
    - Dzwoniła Berta.
    Marysia uniosła brwi wysoko i miarowo zaczęła kiwać głową. Wszystko zrozumiała. Miała do niego żal i była wściekła. Czuła się zazdrosna." (w domyśle: nie pozostało jej nic innego jak tylko schwycić za patelnię i przemówić ukochanemu do rozumu... to znaczy, do serca....

    ... ale takie zakończenie jak najbardziej mi pasuje, jest słodko, uroczo... i proszę (cytując klasyka: ja nie proszę, ja żądam!) o kontynuację... *robi minę żałosnego, zbitego pieska wyrzuconego na deszcz przez Twego ukochanego Mongoła* (może zechcesz naprawić jego błędy i zlitujesz się nade mną?) :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Na samym początku pragnę Ci podziękować za taki długi *obfity* komentarz. Naprawdę się cieszę, że jestem w stanie kogokolwiek zainteresować - to raz. Dwa - naprawdę poprawiłaś mi humor swoim komentarzem. Dosłownie przed chwilą płakałam, wlepiając się w monitor, trochę z bezsilności nad tym i owym.. (każdy ma swoje gorsze dni). A wodząc po Twojej wypowiedzi, tak po prostu się uśmiechnęłam :). Teraz - kompletnie uspokojona i wyciszona - jestem w stanie odpowiedzieć "trzeźwo" na ten komentarz.
    Otóż - żeby już nie utrzymywać Cię w niepewności (wiem, o jakie męki Cię to przyprawia, a więc, białogłowo - bądź spokojna! :))- będzie kontynuacja. Jakoś spodobało mi się opowiadanie, które napisałam. Nie chcę popaść też w narcyzm, ale muszę stwierdzić, że jako jedno z nielicznych chcę kontynuować, po prostu. Zawsze jakoś skupiałam się na krótkich miniaturkach. "niezobowiązujących", że się tak wyrażę. A teraz chcę napisać kontynuację.

    Cieszę się, że spodobał się opis Berlina - jakoś tak stukałam w klawiaturę i wyszło, co wyszło. Wiesz, w sumie nie wiedziałam, co chciałabym, aby zobaczył biedny Otto przybywający do swojej "Vaterland" - w związku z tym postanowiłam umilić mu nieco żywota i choć trochę "przykoloryzować" dawną stolicę kabaretu, w ogóle sztuki.

    Kochana - Greta! :) Siostra Otto, to Greta. Nie chciałam, aby była Gerta. Nie wiem, czy takie imię w ogóle istnieje. Jeżeli gdzieś się w każdym razie wkradła ta "Gerta", to jest to absolutnie pomyłka :).

    Inspiracją do napisania o funkcjonariuszach UB był jeden z ostatnio obejrzanych odcinków CzH, kiedy Graba zdecydowanym ruchem uderza "pałką" Marysię w brzuch (kiedy była na Pawiaku). Po tej "migawce" w pamięci, postanowiłam jakoś przerobić to po swojemu, no i wyszło..

    Starałam się, ile mogę, naprawdę, zminimalizować poziom cukru w cukrze, żeby to było chociaż trochę zjadliwie - wyszła mi kompozycja słodko-kwaśna. Rozsądniejsza alternatywa.

    Jeszcze raz dziękuję za komentarz!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy