,,Ci się wdają w kłótnię z duszą, co czegoś nie chcą... a zrobić muszą"
W mieszkaniu unosiła się
ciężka woń dymu papierosowego, nieprzyjemnie gryzącego nozdrza. Na stole
piętrzyły się sterty brudnych naczyń, gdzieś w kącie tkwiła brudna koszula,
krzycząca niemo o ratunek. Ewidentnie temu domu brakowało kobiecej ręki. To niegdyś
przytulne gniazdko, zamieniło się w spelunkę człowieka, który mimowolnie
staczał się na samo dno. Wzrokiem poszukiwała kieliszka i pięćdziesiątki, które
dopełniłyby całości wnętrza. I wreszcie dostrzegła flaszkę – wetkniętą za nogę
stołu, skrzętnie ukrytą wśród bałaganu, zajmującego każdy jeden centymetr
pomieszczenia. Usiłowała trzymać się mimo wszystko. Znajdowała się tu, na tym
padole łez, który jeszcze dwa dni temu uchodził za urocze miejsca młodego
małżeństwa, teraz zaś wyglądał jak melina rasowej moczymordy. Twój syn ma
gorszy dzień - tłumaczyła w myślach –
No.. gorsze dni, po prostu – poprawiła –
Zdarzają się takie dni, jak właśnie ten. Jeszcze nie raz zobaczysz ten w dom w
takim stanie – pocieszała się.
Oniemiała widokiem, który
roztaczał się wokół niej, zupełnie zapomniała o synu, którego jeszcze nie
zdążyła przywitać. Miała ochotę sprać go po mordzie i odprawić po Wiktorię,
jednak wiedziała, że to niczego nie załatwi.
Cicho zajrzała do sypialni, w
której na łóżku, zwalony jak kłoda, chrapał jej pierworodny – Władysław. Tego
było już za wiele!
- Budź się, degeneracie! –
wrzasnęła, zrywając z opitego cielska kołdrę. Mężczyzna z niesmakiem mlasnął,
manipulując rękoma w poszukiwaniu okrycia. Wyglądał komicznie młócąc rękoma na
prawo i lewo. W końcu Maria z całej siły cisnęła w syna poduszką, która z
plaśnięciem zatrzymała się na zalanej twarzy mężczyzny. Tamten jeszcze coś
bulgotał, usiłując wyartykułował choćby słowo. W końcu, z energią godną żbika,
zerwał z siebie poduszkę, podniósł się i wlepił nienawistny wzrok w matkę.
- Czego tu szukasz? – wymamrotał,
chwiejąc się na materacu.
Patrzyła na jego zarośniętą
twarz, czerwony nos, który sterczał, niczym wetknięta marchew.
- Co ty wyrabiasz! – rzuciła groźnie
– W ciągu dwóch dni doprowadziłeś ten dom do meliny! Nawet nie wiesz, ile
kosztowało mnie kupno mieszkania w samym centrum! Przechlałeś wszystkie
pieniądze swojego ojca! – jeżeli jesteście w stanie wyobrazić sobie kipiący
wulkan, to wiedzcie, że właśnie tak wyglądała w tym czasie doktor Konarska;
stała się wulkanem emocji, nie potrafiącym nad sobą zapanować.
- Dość tego! – warknął,
podnosząc się na nogi. Posuwając się tropem węża zatrzymał się przed półką, z
której wyciągnął pożółkły zeszyt. Otworzył go w środku, posuwając matce pod
nos. Wewnątrz notatnika tkwiły banknoty.
- Patrz sobie, no, patrz do
woli! Nie jestem ostatnią świnią, która marnotrawi czyjeś pieniądze! – bronił
się, wyrzucając z siebie słowa z nieprawdopodobną prędkością – Chlam za swoje! –
rzucił, jakby chciał przypomnieć osłabionej matce, że jest naprawdę pijany i
rozmowa z nim w takim stanie nie ma większego sensu.
- Uspokój się! – zdołała z
siebie wydusić.
Maria wpatrywała się w
pieniądze, które pozostawił dla niego ojciec. Była więcej niż pewna, że Władek
w przypływie beznadziei i załamania rozpuścił całą kwotę. Przeniosła na niego bezradny
wzrok, po czym wydukała.
- Przepraszam. Nie powinnam
była cię posądzać.
Władek jedynie pokiwał głową,
nic nie robiąc sobie ze skruchy matki. Ona zawsze interweniowała w najmniej korzystnym
momencie.
- Skoro już zrobiłaś wywiad
środowiskowy, mamusiu, to możesz odejść – powiedział, sięgając po kratkowaną
koszulę. Widać było, że powoli dochodzi do siebie. Zaczerwienie zdało się zejść
z nosa, a błądzący wzrok wreszcie był w stanie spocząć w jednym, obranym
przezeń punkcie.
- Nie, synu – powiedziała chłodnie
– Musimy porozmawiać.
- Czy tego właśnie nie
robimy?
- Kłócimy się. A ja oczekuję
rozmowy.
Udali się do salonu, który
jako jedyny błyszczał czystością. Tutaj można było dostrzec wprawną rękę
Wiktorii, dobrej gospodyni, pani domu, dbającej o swoje gniazdko. W duchu
dziękowała Bogu, że jej zrezygnowany syn nie zdecydował się na przewrócenie do
góry nogami tego pomieszczenia. Usadowiwszy
się w miękkim fotelu, zaczęła:
- Nie dzieje się pomiędzy
wami dobrze.
- Spostrzegawcza jesteś –
sarknął.
- Możesz przestać mi
przerywać? Gdzie podziały się twoje dobre maniery?! – spytała z wyrzutem.
- Musiałem wypłukać je z
wódką – odparł przepraszającym tonem.
- Coraz mniej podoba mi się
ton, w jakim się do mnie zwracasz – oświadczyła.
- Mów dalej, proszę –
zachęcił, dając upust swojej złości.
- Chcę wiedzieć – zaczęła wolno
– co się wydarzyło pomiędzy Tobą a Wiktorią.
- Pokłóciliśmy się, no.. Wiktoria
miała mi za złe, że spędzam zbyt dużo czasu w męskim towarzystwie. Owszem,
dosyć często chadzałem do knajpy z Michałem i Bronkiem, ale chyba mi się
należało?! Po pracy wstępowaliśmy na jednego.. może dwa, to wszystko! A ona
wyrzucała mi, że całkowicie o niej zapominam, że ją zaniedbuje i przestaje się
z nią liczyć! Właśnie przez to wyjechała… - zakończył sucho.
- I słusznie, synu. Na jej miejscu
zrobiłabym dokładnie to samo – wiedziała, że tymi słowami głęboko urazi syna,
ale nie miała innego wyjścia – tylko w ten sposób Władek mógłby zrozumieć, że
nie tędy droga. Potrafiła być wesołą i szczęśliwą matką, radzącą swoim
dzieciom, ale w nagłych, niespodziewanych okolicznościach – takich właśnie jak
ta – była stanowcza i radykalna w działaniu.
- Nie odzywa się do mnie…
Odeszła – Władek wyraźnie posmutniał. Maria czuła, że coraz trudniej mówi mu
się o Wiktorii.
- Kolejny raz muszę się z nią
zgodzić. Sam pomyśl – ile można czekać na ukochanego, ile znieść, by wytrzymać
takie zachowanie? Jeżeli słowa już przestają cokolwiek znaczyć, to pozostaje
tylko jedno – ucieczka. Zrozum ją, Władek! Wiktoria wystarczająco długo czekała
na tego mężczyznę, którego poznała i pokochała w czasie okupacji. Najwyraźniej
tamta osoba zaginęła bez wieści, jak tysiące innych żołnierzy. Władek, pozwól
jej się odnaleźć. Wiktoria cię szuka, mając nadzieję, że w końcu będzie mogła
przytulić się do zaginionego przed laty Konarskiego – zakończyła Maria, siląc
się na blady uśmiech.
- Chyba masz rację.. –
przytaknął zmęczonym głosem.
- Nie chyba, ale na pewno –
zapewniła syna, przyciągając go do siebie. W jej życiu pozostał już tylko jeden
mężczyzna. Ten drugi, nieobecny, czuwał gdzieś ponad nimi. A trzeci..? Trzeci
odszedł, nie potrafiąc zrozumieć tego, co tak naprawdę czuła. Nie mogąc
pogodzić się z uczuciami, które eksplodowały któregoś wieczoru, a wymierzone
były w innego mężczyznę… Tego, który już nie jest w stanie zagarnąć jej
ramieniem, pocałować.
- Pojadę po nią z samego rana
– wyjaśnił Władek.
- Tylko nie przyprowadź jej
do tego zabałaganionego domu. Bo ucieknie i nie wróci – zaśmiała się Marysia.
- Posprzątam, posprzątam –
odrzekł, sięgając po marynarkę – Mamo, mogę na ciebie liczyć?
- Zawsze.
Kurczę, lubię jak wymyślasz różne scenariusze losów bohaterów. Więcej takich!
OdpowiedzUsuń