Świstokliki

wtorek, 23 lipca 2013

Cisza

,,Ci się wdają w kłótnię z duszą, co czegoś nie chcą... a zrobić muszą"

W mieszkaniu unosiła się ciężka woń dymu papierosowego, nieprzyjemnie gryzącego nozdrza. Na stole piętrzyły się sterty brudnych naczyń, gdzieś w kącie tkwiła brudna koszula, krzycząca niemo o ratunek. Ewidentnie temu domu brakowało kobiecej ręki. To niegdyś przytulne gniazdko, zamieniło się w spelunkę człowieka, który mimowolnie staczał się na samo dno. Wzrokiem poszukiwała kieliszka i pięćdziesiątki, które dopełniłyby całości wnętrza. I wreszcie dostrzegła flaszkę – wetkniętą za nogę stołu, skrzętnie ukrytą wśród bałaganu, zajmującego każdy jeden centymetr pomieszczenia. Usiłowała trzymać się mimo wszystko. Znajdowała się tu, na tym padole łez, który jeszcze dwa dni temu uchodził za urocze miejsca młodego małżeństwa, teraz zaś wyglądał jak melina rasowej moczymordy. Twój syn ma gorszy dzień  - tłumaczyła w myślach – No.. gorsze dni, po prostu – poprawiła  – Zdarzają się takie dni, jak właśnie ten. Jeszcze nie raz zobaczysz ten w dom w takim stanie – pocieszała się.
Oniemiała widokiem, który roztaczał się wokół niej, zupełnie zapomniała o synu, którego jeszcze nie zdążyła przywitać. Miała ochotę sprać go po mordzie i odprawić po Wiktorię, jednak wiedziała, że to niczego nie załatwi.
Cicho zajrzała do sypialni, w której na łóżku, zwalony jak kłoda, chrapał jej pierworodny – Władysław. Tego było już za wiele!
- Budź się, degeneracie! – wrzasnęła, zrywając z opitego cielska kołdrę. Mężczyzna z niesmakiem mlasnął, manipulując rękoma w poszukiwaniu okrycia. Wyglądał komicznie młócąc rękoma na prawo i lewo. W końcu Maria z całej siły cisnęła w syna poduszką, która z plaśnięciem zatrzymała się na zalanej twarzy mężczyzny. Tamten jeszcze coś bulgotał, usiłując wyartykułował choćby słowo. W końcu, z energią godną żbika, zerwał z siebie poduszkę, podniósł się i wlepił nienawistny wzrok w matkę.
- Czego tu szukasz? – wymamrotał, chwiejąc się na materacu.
Patrzyła na jego zarośniętą twarz, czerwony nos, który sterczał, niczym wetknięta marchew.
- Co ty wyrabiasz! – rzuciła groźnie – W ciągu dwóch dni doprowadziłeś ten dom do meliny! Nawet nie wiesz, ile kosztowało mnie kupno mieszkania w samym centrum! Przechlałeś wszystkie pieniądze swojego ojca! – jeżeli jesteście w stanie wyobrazić sobie kipiący wulkan, to wiedzcie, że właśnie tak wyglądała w tym czasie doktor Konarska; stała się wulkanem emocji, nie potrafiącym nad sobą zapanować.
- Dość tego! – warknął, podnosząc się na nogi. Posuwając się tropem węża zatrzymał się przed półką, z której wyciągnął pożółkły zeszyt. Otworzył go w środku, posuwając matce pod nos. Wewnątrz notatnika tkwiły banknoty.
- Patrz sobie, no, patrz do woli! Nie jestem ostatnią świnią, która marnotrawi czyjeś pieniądze! – bronił się, wyrzucając z siebie słowa z nieprawdopodobną prędkością – Chlam za swoje! – rzucił, jakby chciał przypomnieć osłabionej matce, że jest naprawdę pijany i rozmowa z nim w takim stanie nie ma większego sensu.
- Uspokój się! – zdołała z siebie wydusić.
Maria wpatrywała się w pieniądze, które pozostawił dla niego ojciec. Była więcej niż pewna, że Władek w przypływie beznadziei i załamania rozpuścił całą kwotę. Przeniosła na niego bezradny wzrok, po czym wydukała.
- Przepraszam. Nie powinnam była cię posądzać.
Władek jedynie pokiwał głową, nic nie robiąc sobie ze skruchy matki. Ona zawsze interweniowała w najmniej korzystnym momencie.
- Skoro już zrobiłaś wywiad środowiskowy, mamusiu, to możesz odejść – powiedział, sięgając po kratkowaną koszulę. Widać było, że powoli dochodzi do siebie. Zaczerwienie zdało się zejść z nosa, a błądzący wzrok wreszcie był w stanie spocząć w jednym, obranym przezeń punkcie.
- Nie, synu – powiedziała chłodnie – Musimy porozmawiać.
- Czy tego właśnie nie robimy?
- Kłócimy się. A ja oczekuję rozmowy.
Udali się do salonu, który jako jedyny błyszczał czystością. Tutaj można było dostrzec wprawną rękę Wiktorii, dobrej gospodyni, pani domu, dbającej o swoje gniazdko. W duchu dziękowała Bogu, że jej zrezygnowany syn nie zdecydował się na przewrócenie do góry nogami tego pomieszczenia.  Usadowiwszy się w miękkim fotelu, zaczęła:
- Nie dzieje się pomiędzy wami dobrze.
- Spostrzegawcza jesteś – sarknął.
- Możesz przestać mi przerywać? Gdzie podziały się twoje dobre maniery?! – spytała z wyrzutem.
- Musiałem wypłukać je z wódką – odparł przepraszającym tonem.
- Coraz mniej podoba mi się ton, w jakim się do mnie zwracasz – oświadczyła.
- Mów dalej, proszę – zachęcił, dając upust swojej złości.
- Chcę wiedzieć – zaczęła wolno – co się wydarzyło pomiędzy Tobą a Wiktorią.
- Pokłóciliśmy się, no.. Wiktoria miała mi za złe, że spędzam zbyt dużo czasu w męskim towarzystwie. Owszem, dosyć często chadzałem do knajpy z Michałem i Bronkiem, ale chyba mi się należało?! Po pracy wstępowaliśmy na jednego.. może dwa, to wszystko! A ona wyrzucała mi, że całkowicie o niej zapominam, że ją zaniedbuje i przestaje się z nią liczyć! Właśnie przez to wyjechała… - zakończył sucho.
- I słusznie, synu. Na jej miejscu zrobiłabym dokładnie to samo – wiedziała, że tymi słowami głęboko urazi syna, ale nie miała innego wyjścia – tylko w ten sposób Władek mógłby zrozumieć, że nie tędy droga. Potrafiła być wesołą i szczęśliwą matką, radzącą swoim dzieciom, ale w nagłych, niespodziewanych okolicznościach – takich właśnie jak ta – była stanowcza i radykalna w działaniu.
- Nie odzywa się do mnie… Odeszła – Władek wyraźnie posmutniał. Maria czuła, że coraz trudniej mówi mu się o Wiktorii.
- Kolejny raz muszę się z nią zgodzić. Sam pomyśl – ile można czekać na ukochanego, ile znieść, by wytrzymać takie zachowanie? Jeżeli słowa już przestają cokolwiek znaczyć, to pozostaje tylko jedno – ucieczka. Zrozum ją, Władek! Wiktoria wystarczająco długo czekała na tego mężczyznę, którego poznała i pokochała w czasie okupacji. Najwyraźniej tamta osoba zaginęła bez wieści, jak tysiące innych żołnierzy. Władek, pozwól jej się odnaleźć. Wiktoria cię szuka, mając nadzieję, że w końcu będzie mogła przytulić się do zaginionego przed laty Konarskiego – zakończyła Maria, siląc się na blady uśmiech.
- Chyba masz rację.. – przytaknął zmęczonym głosem.
- Nie chyba, ale na pewno – zapewniła syna, przyciągając go do siebie. W jej życiu pozostał już tylko jeden mężczyzna. Ten drugi, nieobecny, czuwał gdzieś ponad nimi. A trzeci..? Trzeci odszedł, nie potrafiąc zrozumieć tego, co tak naprawdę czuła. Nie mogąc pogodzić się z uczuciami, które eksplodowały któregoś wieczoru, a wymierzone były w innego mężczyznę… Tego, który już nie jest w stanie zagarnąć jej ramieniem, pocałować.
- Pojadę po nią z samego rana – wyjaśnił Władek.
- Tylko nie przyprowadź jej do tego zabałaganionego domu. Bo ucieknie i nie wróci – zaśmiała się Marysia.
- Posprzątam, posprzątam – odrzekł, sięgając po marynarkę – Mamo, mogę na ciebie liczyć?

- Zawsze.

1 komentarz:

  1. Kurczę, lubię jak wymyślasz różne scenariusze losów bohaterów. Więcej takich!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy