Świstokliki

piątek, 5 lipca 2013

Pytanie

Rano przy śniadaniu Maria milczy. Coś ją dręczy, szarpie od środka, nie pozwala wydusić słowa. Otto za to wypluwa z siebie kolejne zdania, nie bacząc na przecinki, kropki, które jego zdaniem zbędne są, gdy kieruje się prawdziwym uczuciem. Milcząca Maria niepokoi go tak bardzo, że na chwilę milknie, z uwagą, wyczekiwaniem wpatrując się w jej umęczoną twarz.
- Marysiu, coś się stało?
Wzrok jej ucieka to w bok, to w dół spłoszony.
- Powiedz mi. Mi przecież możesz powiedzieć – jego głos jest kojący, delikatnie drżący.
- Otto… - załkała. Jeden z loków wyrwał się zza ucha, bezwładnie zwisając nad okiem.
- Już dobrze, Marysiu, już dobrze… Uspokój się – on ją przytulał i pocieszał.
Wiedziała, że musi mu to powiedzieć. Że to, co się stało nie wyszło z jej strony, ale od rozkołatanego serca przyjaciela, który przeżywając – zapewne – jakieś załamanie uległ pokusie. Nadal przypominała sobie drżące koniuszki palców, nerwowe ruchy rąk, to, jak próbowała odejść, delikatnie zasugerować, że nie jest na to gotowa, a potem… potem wszystko działo się tak szybko. Czuła jak żywo, tamte łzy, które cisnęły się do oczu, boląc, kując, niemożliwie szczypiąc pod powiekami, jakby chciały szponami wydłubać te oczy, które patrzyły na to bezczynnie.
Janusz był – i jest – jej dobrym przyjacielem, ale nic poza tym… To serce bije już dla kogoś innego.

I wiedziała, że mając przed nim tajemnice, nie mogłaby czuć się dobrze.
Przywarła do niego tuląc się najusilniej, chcąc być przy nim i dla niego.
- Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Kochanie, nie podchodź do wszystkiego tak emocjonalnie – szepce
- Wiem… wiem..
- Janusz… Wtedy w gabinecie, to… działo się tak nagle, ja nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć, był roztrzęsiony… Bredził coś trzy po trzy, nie rozumiałam, co on właściwie.. Otto, kocham ciebie i tylko ciebie – wydusza z siebie, poprawiając lok i rzucając mu się na szyję.

W tej chwili jest zaskoczona jego wyrozumiałością. Tym, jakie musi mieć wielkie serce, by zrozumieć tak trudne sprawy. Sprawy, które nie jeden mężczyzna rozwiązałby twardo, przeganiając kobietę na cztery wiatry. A on był inny. Po raz kolejny udowadniał jej czym jest miłość i na czym prawdziwie polega.
- Dlatego – zaczyna, ująwszy w dłonie jej twarz – Zawsze kieruj się prawdziwym uczuciem. Kochaj mnie.

I kochała go. Kochała go wczoraj, dziś i będzie kochała na pewno jutro. A to jutro, miało być najdłuższym jutrem, bo miało trwać aż do odległego im dnia.


                                                    *    *    *
Po południu upał jeszcze bardziej gęstnieje, przyprawiając o zawrót głowy. Okiennice są zamykane, by to powietrze nie wdzierało się do mieszkań i nie powodowało złego samopoczucia. Kwiaty na parapetach w posępieniu opuszczają główki, zbyt zmęczone, by dumnie prezentować się przechodniom z ulicy.
Maria siedzi z małym tomikiem,  dorwawszy najnamiętniejsze wiersze Mickiewicza, smakując każdo jedno słowo wielkiego wieszcza.

   Gdy z oczu znikniesz nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu?
Jednakże nieraz czuję mimo chęci,
Że on jest zawsze blisko mej pamięci.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?

Przymyka swe powieki. Na ustach słodycz uśmiechu. I chwilę później nieme skinienie głową. I radość w oczach, które otworzywszy się –  głęboko i szeroko – palą się niby świece i zgasnąć nie mogą.
                                              Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Luba mię jakaś spokojność owionie,
Zda się, że lekkim snem zakończę życie;
Lecz mnie przebudza żywsze serca bicie;
Które mi głośno zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń? Czyli też kochanie?

Odpływa, próbując przypomnieć sobie jego ciepły dotyk. Uczucie, które temu towarzyszy. Lekki dreszczyk, przeszywający całe ciało.
I znowu skina głową, zanosząc się cichym śmiechem.



A gdzieś tam, na drugim końcu Warszawy, ktoś uporczywie zadaje sobie to pytanie, które ona czyta w pokoju i z radością do siebie przyjmuje. Zgięte do białości pięści zaciskają się raz po raz, a po gabinecie roznosi się jedynie kolejne trzaśnięcie drzwi, za wychodzącym pacjentem. 

2 komentarze:

  1. Ślicznie, pięknie, wspaniale, cudownie, lukrowato, słodko - dokładnie tak, jak lubię ;D

    " - Powiedz mi. Mi przecież możesz powiedzieć – jego głos jest kojący, delikatnie drżący.
    - Otto… - załkała. Jeden z loków wyrwał się zza ucha, bezwładnie zwisając nad okiem.
    - Już dobrze, Marysiu, już dobrze… Uspokój się – on ją przytulał i pocieszał."
    *aaaaaa...... ja to widzę, jakie to uuuurooooczeeee *.*

    "Otto, kocham ciebie i tylko ciebie – wydusza z siebie, poprawiając lok i rzucając mu się na szyję." http://ememe.pl/data/gfx/pictures/large/8/2/328_1.png xD

    A ten Mickiewicz na końcu..... Ach.... Nie pogniewam się, jeżeli napiszesz kolejną część (tak, wiem, teraz zaczynasz się mnie bać xD, w której Marysia i Otto czytają... Leśmiana... :D

    OdpowiedzUsuń
  2. I tu wyszedł prawdziwy Otto - już go lubię bardziej za tę wyrozumiałość. ;)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy