Rano przy śniadaniu Maria
milczy. Coś ją dręczy, szarpie od środka, nie pozwala wydusić słowa. Otto za to
wypluwa z siebie kolejne zdania, nie bacząc na przecinki, kropki, które jego
zdaniem zbędne są, gdy kieruje się prawdziwym uczuciem. Milcząca Maria niepokoi
go tak bardzo, że na chwilę milknie, z uwagą, wyczekiwaniem wpatrując się w jej
umęczoną twarz.
- Marysiu, coś się stało?
Wzrok jej ucieka to w bok, to
w dół spłoszony.
- Powiedz mi. Mi przecież
możesz powiedzieć – jego głos jest kojący, delikatnie drżący.
- Otto… - załkała. Jeden z
loków wyrwał się zza ucha, bezwładnie zwisając nad okiem.
- Już dobrze, Marysiu, już
dobrze… Uspokój się – on ją przytulał i pocieszał.
Wiedziała, że musi mu to
powiedzieć. Że to, co się stało nie wyszło z jej strony, ale od rozkołatanego
serca przyjaciela, który przeżywając – zapewne – jakieś załamanie uległ
pokusie. Nadal przypominała sobie drżące koniuszki palców, nerwowe ruchy rąk,
to, jak próbowała odejść, delikatnie zasugerować, że nie jest na to gotowa, a
potem… potem wszystko działo się tak szybko. Czuła jak żywo, tamte łzy, które
cisnęły się do oczu, boląc, kując, niemożliwie szczypiąc pod powiekami, jakby
chciały szponami wydłubać te oczy, które patrzyły na to bezczynnie.
Janusz był – i jest – jej dobrym
przyjacielem, ale nic poza tym… To serce bije już dla kogoś innego.
I wiedziała, że mając przed
nim tajemnice, nie mogłaby czuć się dobrze.
Przywarła do niego tuląc się
najusilniej, chcąc być przy nim i dla niego.
- Na pewne rzeczy nie mamy
wpływu. Kochanie, nie podchodź do wszystkiego tak emocjonalnie – szepce
- Wiem… wiem..
- Janusz… Wtedy w gabinecie,
to… działo się tak nagle, ja nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć, był
roztrzęsiony… Bredził coś trzy po trzy, nie rozumiałam, co on właściwie.. Otto,
kocham ciebie i tylko ciebie – wydusza z siebie, poprawiając lok i rzucając mu
się na szyję.
W tej chwili jest zaskoczona
jego wyrozumiałością. Tym, jakie musi mieć wielkie serce, by zrozumieć tak
trudne sprawy. Sprawy, które nie jeden mężczyzna rozwiązałby twardo,
przeganiając kobietę na cztery wiatry. A on był inny. Po raz kolejny udowadniał
jej czym jest miłość i na czym prawdziwie polega.
- Dlatego – zaczyna, ująwszy
w dłonie jej twarz – Zawsze kieruj się prawdziwym uczuciem. Kochaj mnie.
I kochała go. Kochała go
wczoraj, dziś i będzie kochała na pewno jutro. A to jutro, miało być
najdłuższym jutrem, bo miało trwać aż do odległego im dnia.
* * *
Po południu upał jeszcze
bardziej gęstnieje, przyprawiając o zawrót głowy. Okiennice są zamykane, by to
powietrze nie wdzierało się do mieszkań i nie powodowało złego samopoczucia. Kwiaty
na parapetach w posępieniu opuszczają główki, zbyt zmęczone, by dumnie
prezentować się przechodniom z ulicy.
Maria siedzi z małym
tomikiem, dorwawszy najnamiętniejsze
wiersze Mickiewicza, smakując każdo jedno słowo wielkiego wieszcza.
Gdy z oczu znikniesz nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu?
Jednakże nieraz czuję mimo chęci,
Że on jest zawsze blisko mej pamięci.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? Czy to jest
kochanie?
Przymyka swe powieki. Na ustach
słodycz uśmiechu. I chwilę później nieme skinienie głową. I radość w oczach,
które otworzywszy się – głęboko i
szeroko – palą się niby świece i zgasnąć nie mogą.
Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Luba mię jakaś spokojność owionie,
Zda się, że lekkim snem zakończę życie;
Lecz mnie przebudza żywsze serca bicie;
Które mi głośno zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń? Czyli też
kochanie?
Odpływa, próbując przypomnieć
sobie jego ciepły dotyk. Uczucie, które temu towarzyszy. Lekki dreszczyk,
przeszywający całe ciało.
I znowu skina głową, zanosząc
się cichym śmiechem.
A gdzieś tam, na drugim końcu
Warszawy, ktoś uporczywie zadaje sobie to pytanie, które ona czyta w pokoju i z
radością do siebie przyjmuje. Zgięte do białości pięści zaciskają się raz po
raz, a po gabinecie roznosi się jedynie kolejne trzaśnięcie drzwi, za
wychodzącym pacjentem.
Ślicznie, pięknie, wspaniale, cudownie, lukrowato, słodko - dokładnie tak, jak lubię ;D
OdpowiedzUsuń" - Powiedz mi. Mi przecież możesz powiedzieć – jego głos jest kojący, delikatnie drżący.
- Otto… - załkała. Jeden z loków wyrwał się zza ucha, bezwładnie zwisając nad okiem.
- Już dobrze, Marysiu, już dobrze… Uspokój się – on ją przytulał i pocieszał."
*aaaaaa...... ja to widzę, jakie to uuuurooooczeeee *.*
"Otto, kocham ciebie i tylko ciebie – wydusza z siebie, poprawiając lok i rzucając mu się na szyję." http://ememe.pl/data/gfx/pictures/large/8/2/328_1.png xD
A ten Mickiewicz na końcu..... Ach.... Nie pogniewam się, jeżeli napiszesz kolejną część (tak, wiem, teraz zaczynasz się mnie bać xD, w której Marysia i Otto czytają... Leśmiana... :D
I tu wyszedł prawdziwy Otto - już go lubię bardziej za tę wyrozumiałość. ;)
OdpowiedzUsuń