Świstokliki

sobota, 31 sierpnia 2013

Zamknij oczy i uwierz

Opowiadanie to jest alternatywą dla tego, co mogło się wydarzyć w serialu. Czesław wcale nie musiał odwiedzać jej potajemnie, a pojawienie się niemieckiego lekarza wcale nie musiało się wiązać z łypaniem na siebie wzrokiem przez długi okres czasu.. Tak mogło być.
Tekst ten dedykuje wszystkim miłośniczkom pairingu M&O - dziewczynom z tvp :). To Wam ten tekst poddaję pod krytykę. Życzę miłej lektury!

Powieki  ciężkie zamknij

tak po prostu
zaciśnij mocno, by łzy nie wyleciały
w cienką kreskę
i uwierz - tak po prostu
że jest coś więcej 
niż niemożliwe
nieprawdopodobne
nieosiągalne
Walcz


Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem, pełnym łez i niedopowiedzeń. Te niegdyś wesołe, igrające chochlikami oczy, były teraz mętne i pozbawione dawnego blasku. Nie potrafił dostrzec w nich choć odrobiny radości. I to go bolało. Bo, prawda, cieszyła się z ich przybycia do Polski, ale tylko przez chwilę. Kiedy oznajmił jej, że nie może do niej przychodzić z synami, zamknęła się w sobie. Wyraźnie posmutniała. 
- Po co mi to robicie - szepce, łamiącym się głosem - Równie dobrze mogliście tu być nic mi nie mówiąc. Przynajmniej nie rozszarpywałoby mi serca z tęsknoty.
- Marysiu - zaczął kojąco Czesław - Wiem, co czujesz... I zdaje sobie sprawę, że to jest dla ciebie ciężkie. Niestety nie możemy kwestionować rozkazów. 
- Tak, wiem. Dla was rozkaz, to jak dla lekarzy przysięga Hipokratesa - kończy, ze świstem wypuszczając powietrze i chwytając najbliższy notatnik - Muszę wracać na obchód.
- Nie tak wyobrażałem sobie nasze spotkanie.
- To powinnam powiedzieć ja - rzuciła cierpko, składając na jego policzku oziębły pocałunek.

                                                            *    *   *
Po nocnym obchodzie osunęła się na kozetkę, ze zmęczeniem nasuwając na siebie koc. Noc była zimna, a ona dygotała, podsuwając nogi pod brodę. Pomyślała o Czesławie. O Władku i Michale. O tym, co też mogą robić. Odbywają jakieś spotkanie konspiracyjne? A może siedzą już w swoich kwaterach, popijając gorącą herbatę i ogrywając ojca w karty, jak za starych, dobrych czasów? Siliła się na blady uśmiech, przywołując te ciepłe obrazy rodzące się w jej głowie. Jak mogła potraktować w taki sposób Czesława? Przecież doskonale zdawała sobie sprawę, że odwiedzanie rodzin było surowo zakazane. Nie potrafiła zrozumieć swojego żalu i tego, w jaki sposób zakończyła spotkanie z własnym mężem. Poczuła, jak smętna łza spływa jej po policzku. Piekło ją pod powiekami. Nieporadnie wycierała twarz drżącymi dłońmi. Mogę już nigdy ich nie zobaczyć - pomyślała z rozpaczą - Nigdy sobie nie wybaczę tego dnia.
I zasnęła. Sen porwał ją w ciepłe objęcia, w których było przytulnie i kojąco, a Konarscy śmiali się głośno i z nią rozmawiali. 

                                                            *    *   *
Obudziła się wcześnie, drżała. Pod powiekami nadal miała obrazy, które przewinęły się w czasie jej snu. Widziała w nich męża, który zagarniał ją ramieniem, Michała chichoczącego coś do zgrabnej szatynki i Władka nieco przygaszonego i śmiertelnie poważnego.

Tacy byli i takich ich zapamiętam.

Wstała, leniwie przeciągając się na kozetce. Czekał ją ciężki dzień. Oprócz tego, że musiała pouzupełniać karty pacjentów, zgodziła się na zastąpienie ordynatora Baranowskiego na nocnym obchodzie. Janusz naginał reguły, jednak ona nie potrafiła odmawiać. Przynajmniej nie teraz; była wojna, każdy miał jakieś prawy do załatwienia, a czas był cenny na wagę złota. Pozwalała więc regulować Baranowskiemu wszystkie te sprawy, w trakcie jego pracy. 
Od siostry Józefa dowiedziała się, że z Berlina mają przysłać jakiegoś lekarza, do pomocy przy niemieckich pacjentach. Narzekała przy tym bardzo. Marysia doskonale ją rozumiała; miała świadomość tego, że był to jej szpital. Szpital, w którym leczyła SWOICH pacjentów, niezależnie, czy był nim Niemiec, czy też Polak. Przed drzwiami tej instytucji strząsało się wszelkie uprzedzenia polityczny, czy narodowościowe - po prostu się pomagało. Każdemu i bez wyjątku. Była dobrym lekarzem. Tego też była świadoma. 
- Podobno wahali się, czy nie przerzucić go na front wschodzi. Może zbyt stary jest? - głowiła się siostra Józefa, przekładając sterty ubrań, przeznaczonych na Czerwony Krzyż - Pan Bóg jeden wie, kto to taki i czy w miarę dobry człowiek.
- Zobaczymy - odrzekła lakonicznie, nie zaprzątając sobie głowy tą sprawą. Usiłowała skupić się na jednej podstawowej rzeczy - pracy. Każda wolna chwila skłaniała ją do przemyśleń nad wczorajszy dniem, tym, jak potraktowała swojego męża.

                                                                  *       *      *
Wysłany z Berlina lekarz zjawił się już wieczorem. Niepewnym krokiem kierował się w stronę gabinetu doktor Konarskiej, rozglądając na boki. Sprawiał wrażenie zbitego z tropu i nieco stropionego mężczyzny. Miał ciemne, gładko zaczesane włosy. Lodowato niebieskie oczy patrzyły smutnie przed siebie. Na plecach zarzucony miał lekarski kitel, w dłoni trzymał podręczną walizkę. 
Nie wyglądał ani zachęcająco, ani odpychająco. Nijako, wręcz.
Zapukał delikatnie do gabinetu, czekając, aż odpowie mu słabe "proszę".
Niepewnie nacisnął klamkę, czując, jak opada ona z cichym brzęknięciem. Otworzył drzwi niezbyt szeroko.
- Dzień dobry - powiedział.
- Dzień dobry.

Cisza.

- Będę tutaj..
- Wszystko wiem - przerwała cierpko Marysia, maczając stalówkę pióra w zaplamionym atramentem kałamarzu - Powiadomiono mnie o pańskim przybyciu.
- Nazywam się Otto Kirchner. Mam dzielić ten gabinet razem z panią.
- W rogu jest pańskie biurko i karty pańskich pacjentów, proszę je przejrzeć i zaznajomić się z historią chorób. Pracujemy w ciszy - dodała, dziwiąc się sobie samej, że potrafi być aż taka wredna.

Mężczyzna spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa, spuścił głowę i usiadł za swoim biurkiem. 
Czekała go trudna współpraca.

                                                          *    *  *
- No i jak? - dociekała siostra Józefa, mając za sobą  siostrę Różę, posłusznie drepczącą za przełożoną - Dobry z niego człowiek?
- Skąd mam to wiedzieć, nie rozmawiałam z nim zbyt wiele - Marysia była zmęczona ciągłymi pytaniami. Chciała odpocząć, a przybyły Niemiec tylko jej to utrudniał. Będąc u siebie czuła się spięta, czymś skrępowana. W głębi duszy onieśmielał ją życzliwością. Po południu przyniósł jej herbatę i dzielnie zniósł to "dziękuję", wypowiedziane z wielką łaską. 
- To źle. Pani doktor powinna szybko zrobić krótki wywiad. Tak dla poznaki - wyjaśniła zakonnica, uśmiechając się od ucha do ucha.
Lubiła ją, choć była dosyć ciekawską kobietą. Jednak bystrość, która wypływała z niej, sprawiała, że rosła w jej oczach. Nikt w szpitalu im. Dzieciątka Jezus nie był tak dobrze poinformowany, jak właśnie Józefa, nikt też nie mógł z taką dokładnością przewidzieć kontroli Niemców. Marysia szybko przekonała się, że poczciwa zakonnica jest niezastąpiona.
- Siostro, wszystko wyjdzie z czasem - zakończyła, posyłając jej ciepły uśmiech.

Nie jest złym człowiekiem - przyznała przed samą sobą. 

                                                       *     *    *
Po tygodniu czuła się skrajnie wyczerpana. Conocne obchody i stres związany z ukrywaniem zbiegłych żołnierzy podziemia był nie do wytrzymania. Dlatego chodziła struta i zdenerwowana, pastwiąc się nad byle pielęgniarką. Potrzebowała odpoczynku i długiego snu, jak lekarstwa. Jak może komukolwiek pomagać, skoro nie czuje się w pełni sił, by to robić?
- Dzisiaj niech pani się prześpi. Wezmę za panią nocny obchód - zaofiarował się Kirchner. Jego twarz błyszczała w świetle jarzeniowej lampki.
- Przecież pan musi zająć się niemieckim oddziałem, nie ogarnie pan aż dwóch. Poproszę o pomoc ordynatora Baranowskiego.
- Ordynator Baranowski ma pełne ręce roboty przy papierach - odparł pośpiesznie - Naprawdę, wezmę za panią ten dyżur. Proszę mi zaufać.
Spojrzała w jego niebieskie, nieco smutne oczy i od razu dostrzegła w nich prawdę. Zganiła siebie za to, że śmie w ogóle z nim rozmawiać; to niemiecki żołnierz, który może strzela do Polaków. Jednak zaraz po tej głupiej myśli, poczuła rozlewającą się sympatię do tego człowieka. Nie miał złych zamiarów, po prostu chciał utrzymać dobre stosunki. Po co mu to uniemożliwiać? Człowiek człowiekowi od zawsze wilkiem, ale postanowiła nie powtarzać błędów innych. 

Zaufać zawsze można.

I wtedy się wszystko zaczęło.
  
                                                       *        *       *
Czesław nie odwiedzał jej od ponad miesiąca. Wiedziała, że nie może, ale czuła, że mogło to być związane z tamtym dniem, który tak głęboko zarył się w jej pamięci. Teraz potrafiła odganiać natrętne myśli skaczące po jej głowie i tak upchanej różnymi sprawami, aż po same brzegi. Całe dnie spędzała w szpitalu, nie opuszczając go choćby na chwilę. W gabinecie, gdy uzupełniała karty, rozmawiała z Otto i stopniowo poznawała historię jego życia. Z nieudawaną ciekawością zasłuchiwała się w opowieści z frontu wschodniego, które - jeszcze do niedawna - przesyłał mu jej syn. Kirchner, całkiem wbrew konwenansom jego narodu, negował działanie Hitlera, przeklinał tę wojnę. Pożerała zbyt wiele istnień po obu stronach.
- Nie zabiłem ani jednego człowieka - przyznał któregoś zimowego wieczoru.

Maria początkowo nie obnosiła się ze swoimi koleżeńskimi relacjami, którymi darzyła doktora Otto Kirchnera. Bała się reakcji personelu, a zwłaszcza siostry Józefy i ordynatora Baranowskiego. Ale, jakże mogła przestać rozmawiać z tym człowiekiem, skoro mieli tyle tematów do rozmów? Czy Niemiec z Polką musi rozmawiać tylko o dzielących ich poglądów? Wcale nie. Byli idealnym przykładem takich ludzi. 
Otto dużo czytał, dlatego często rozmawiał o literaturze z Konarską. Wymieniali się tytułami, przynosili różne pozycje, zachwalali autorów. 
Marysia sama nie wiedziała, kiedy pękła między nimi ta granica nieporozumienia - widocznie była zbyt cienka i niczym nieuzasadniona, bo szybko się spoufalili. Znaleźli wspólny język. 

Stali się dla siebie przyjaciółmi, ale to było dopiero po pięciu miesiącach od przybycia Otto do Warszawy.


                                                                 *           *       *
Wiosną dostała potajemnie list od chłopców. Pisali w nim, że czują się dobrze, wszystko u nich gra, jak należy, mają świetne przydziały. Michał rozpisał odę pochwalną, na cześć niejakiej Hani Głowackiej, która - jak się wyraził - całkowicie skradła jego szalone serce. Władek pisał suche fakty, nie wspominał zbyt wiele o tym, co robi w stolicy po "pracy". To ją niepokoiło, ale jednocześnie zaspokajało. Widziała teraz tę ogromną różnicę, pomiędzy obojgiem synów - pierwszy z nich, niepoprawny romantyk, szalony młodzik, wprost opisywał swoje uczucia, nie tłumił ich w sobie. Żył chwilą. Drugi zaś, racjonalista z zasadami, nigdy nie obnosił się z emocjami, dusił je. Z dystansem podchodził do różnych spraw. Miał tajemnice i swoje tęsknoty, o których wolał nie wspominać, nawet rodzonej matce. 
- Tęsknisz? - zapytał, słysząc, jak podciągam głośno nosem i uśmiecham szeroko.
- Bardzo - odpowiada, spoglądając na niego z czułością, która miała ją później dręczyć nocami. Wtedy czuła, że zdradza Czesława, że przebywa z obcym mężczyzną więcej, niż z własnym mężem. To było dziwne.
- Ja też tęsknię. Ale to jest inna tęsknota, bo widzisz, on zginął. Na froncie wschodnim, miał zaledwie dwadzieścia trzy lata...
- Przykro mi, Otto - szepnęła, kładąc list na drewnianym blacie biurka.
- Dajmy temu spokój - odchrząknął, zginając się nad stertą papierów.

Marysia upiła łyk kawy, nie spuszczając z niego ciekawego wzroku. 

Uciął temat, a szkoda. Chciałam sobie z nim porozmawiać - pomyślała, rysując stalówką na papierze malutki kwiat.

                                                         *       *      *
Miesiące mijały, w końcu minął też rok. Czesław z chłopcami nie przychodził, trzymając się twardo wojskowego regulaminu. Czuła złość, rozdzierającą ją od wewnątrz. Tęskniła za nimi bardzo, chciała ich uściskać, ugotować dla nich obiad. Poczuć się tak jak dawniej. Chciała nawet porozmawiać o tym z Otto, ale poczuła nagłe ukłucie w żołądku. Postanowiła, że jeszcze nie czas na takie rozmowy. Z pewnością będzie miała jeszcze wiele okazji, by wypłakać się w rękaw przyjacielowi, który - w gruncie rzeczy - doskonale ją rozumiał.
Ta chwila nadeszła pewnego letniego dnia, kiedy Marysia w zasępieniu spoglądała w okno. Czuła na sobie świdrujący wzrok Otto.
- Już niebawem cię odwiedzą, obiecuję ci to - powiedział, wspierając się dłonią na zimnym blacie dębowego biurka.
- Och, Otto, to na nic.. Oni nie złamią regulaminu za nic w świecie. Dla nich ta przysięga, to jak dla nas przysięga Hipokratesa - wyjaśniła, pociągając nosem.
- Też jestem żołnierzem i rozumiem to. Nie wiem, jakie zasady obowiązują...
- Nie zagłębiajmy się w to - przerwała, spoglądając na niego załzawionymi oczyma.
Poczuła w sobie nagłą chęć zatopienia się w jego ramionach.
- Przytul mnie - szepnęła, kiedy jej głos się załamał.
I przytulił ją, niemalże natychmiast. Trzymał tę kruchą kobietę w swoich ramionach, niczym skarb, odnaleziony na bezludnej wyspie. Chciał być przy niej przez długi czas, ale po chwili ze zmieszaniem wyślizgnęła się z czułych objęć.
- Przepraszam - szepnęła, nerwowo pocierając skroń - Poczułam się gorzej..
- W porządku.. - odparł, siadając przy swoim biurku. Zmarszczył brwi, sięgając po skoroszyt, pełen pożółkłych kartek.

Zapanowała nieprzyjemna cisza, która wypełniała każdy jeden kąt pomieszczenia. 

- Żałujesz? - jego głos zadrżał, czuł łomotanie serca w piersi. Pot spłynął mu po karku wąskim strumieniem.
Odpowiedziała mu cisza, ale tylko chwilowa, bo zaraz potem zauważył, jak jej wargi mimowolnie drgnęły, a usta wyartykułowały:
- Nie żałuję.

Serce dudniło mu w piersiach jeszcze głośniej. Spojrzał na nią z tęsknotą, chciał podejść, tak bardzo chciał złożyć na jej ustach miękki pocałunek, ale wiedział, że byłoby to niegodziwe. Miała męża, miała rodzinę. Jestem dla niej tylko przyjacielem - powtarzał sobie cały czas w ciągu dnia, niczym mantrę - Nie będę burzył tego, co jest w jej świecie. 

Nie zdawał sobie sprawy, że powoli staje się jego częścią.

                                                                *        *     *
Długie noce, spędzane na szpitalnej kozetce, wykorzystywała na rozmyślania, ale nie o synach i o mężu, ale o Otto. O ich relacji. Zdawała sobie sprawę, że to więcej niż niepoprawne - zajmować się jakimś obcym mężczyzną, w dodatku będąc mężatką. I to jeszcze z niemieckim mężczyzną. Było to dziwne, przyznawała się z tym przed samą sobą. Nie potrafiła jednak myśleć o ludziach, którzy żyli tylko w jej wspomnieniach, na zdjęciach. Z Czesławem nie widziała się od ponad roku, a z chłopcami około pięciu lat. Nic więc dziwnego, że wolała absorbować obcego mężczyznę, niż osoby, z którymi nie miała kontaktu. A to, co działo się między nią, a Otto, było głęboką relacją. 
Przyjacielską - dodała pośpiesznie w myślach, czując, jak szpitalny kitel przylega do niej od potu. Na samą myśl o tym, co wyprawia, oblewała ją gorąca fala. Zdradzam Czesława, czy nie? - zadawała sobie to pytanie wielokrotnie, ale którejś nocy zrozumiała, że to pytanie retoryczne, na które nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Z jednej strony, pomiędzy nią, a Otto nie działo się nic poważnego, wartego tych wszystkich wątpliwości i rozterek, ale z drugiej strony wiedziała, że ten człowiek pochłania każdą jedną chwilę jej czasu. 
W ciągu dnia, kiedy przemierzała szpitalne korytarze, czuła na sobie ciekawskie spojrzenia personelu i uważny, niemal karcący wzrok siostry Józefy, kiedy kierowała się na czternastkę w towarzystwie Otto. Nie potrafiła odstawiać tej całej szopki. 
- Nie boisz się? - spytał, kiedy szliśmy na dół, do portierni, by odebrać przesyłkę z PCK dla ubogich pacjentów bez rodziny.
- Czego mam się bać? - odpowiedziała.
- Tego, że obnosisz się przy ludziach w towarzystwie niemieckiego żołnierza i lekarza.
Kiedyś odpowiedziałaby na to pytanie inaczej, ale teraz, bez żadnego wahania odparła:
- Nie, nie boję się tego. 

                                                      *            *            *
- Niech pani doktor z tym skończy! - wrzasnęła siostra Józefa, tracąc nad sobą kontrolę. Wpadła do gabinetu bez pukania, jakby chciała przyłapać mnie na gorącym uczynku. Przypatrywała mi się gniewnie, chcąc zbudzić we mnie poczucie winy.
- O co siostrze chodzi? - poczuła jak do głowy uderza jej krew, serce waliło w piersiach, jak po intensywnym wysiłku.
- O co siostrze chodzi?! - powtórzyła zakonnica - Jak o co mi chodzi, jak nie o tego niemieckiego lekarza! To niepoprawne, żeby tak pani doktor się z nim szlajała przy pacjentach. Oni gadają i nie przestaną, dopóki pani nie skończy zadawać się z tym.. Kirchnerem.
- Siostro - zaczęła ostrzegawczo Maria, wyciągając w jej stronę palec wskazujący - Proszę się opanować i nie prosić mnie o coś tak niedorzecznego.
- Zrobi pani, jak uważa za słuszne - pisnęła, wysuwając się cicho z pokoju.

Maria nie potrafiła pozbierać swoich myśli. To wszystko działo się za szybko. Nagle uderzyła do jej głowy pewna myśl, dotycząca tego, że prowadzi podwójne życie.

                                                              *           *         *
- Wszystko w porządku, Marysiu? - spytał.
Nic nie jest w porządku - odpowiedziała w myślach, pocierając nerwowo skronie - Absolutnie nic! Muszę drogo płacić za naszą przyjaźń. Ciebie oczywiście nic to nie dotyczy, bo nie musisz martwić się tym, że któryś z Niemców oskarży cię o to, że zadajesz się z Polką. Ale, widzisz, ja muszę uważać, bo w moim przypadku jest dokładnie odwrotnie! 
- Tak, tak - skłamała - Jestem tylko trochę zmęczona.
- Powinnaś odpocząć, Marysiu. Zdecydowanie za bardzo jesteś uprzejma dla ordynatora Baranowskiego. Kiedy on odpłaci ci nocnymi obchodami za twoje niekończące się przysługi?
- Nie wiem, Otto - odparła, nie bardzo zastanawiając się nad tym problemem. 
- Gdybyś kiedykolwiek miała jakiś problem, coś, co cię gryzie od wewnątrz, porozmawiajmy... - jego głos był spokojny, działał na jej uszy jak balsam. 
- Oczywiście - dudnienie serca i szybsze krążenie krwi.

3 komentarze:

  1. Bardzo przyjemne opowiadanie, fajnie się czyta wiedząc, że Czesław żyje ;)
    Przy pierwszym fragmencie aż mi się żal zrobiło biednego majora Konarskiego, no ale cóż... widzę, że Maria jednak miała rację, więc... ;)

    "- Podobno wahali się, czy nie przerzucić go na front wschodzi. Może zbyt stary jest? - głowiła się siostra Józefa, przekładając sterty ubrań, przeznaczonych na Czerwony Krzyż - Pan Bóg jeden wie, kto to taki i czy w miarę dobry człowiek." - oj, siostra Józefa czasami przesadza... :D :D :D

    "- W rogu jest pańskie biurko i karty pańskich pacjentów, proszę je przejrzeć i zaznajomić się z historią chorób. Pracujemy w ciszy - dodała, dziwiąc się sobie samej, że potrafi być aż taka wredna." - ach, nasza Maria jako powszechnie znana mistrzyni uprzejmości. Uwielbiam ja taką, z pazurem ^^

    "- No i jak? - dociekała siostra Józefa, mając za sobą siostrę Różę, posłusznie drepczącą za przełożoną - Dobry z niego człowiek?" - o, Rózia żyje!

    "- Dzisiaj niech pani się prześpi. Wezmę za panią nocny obchód - zaofiarował się Kirchner. Jego twarz błyszczała w świetle jarzeniowej lampki.
    - Przecież pan musi zająć się niemieckim oddziałem, nie ogarnie pan aż dwóch. Poproszę o pomoc ordynatora Baranowskiego.
    - Ordynator Baranowski ma pełne ręce roboty przy papierach - odparł pośpiesznie - Naprawdę, wezmę za panią ten dyżur. Proszę mi zaufać." - jak ja go takiego kocham <3

    "Otto dużo czytał, dlatego często rozmawiał o literaturze z Konarską. Wymieniali się tytułami, przynosili różne pozycje, zachwalali autorów. " - G.O.E.T.H.E.!

    "Wiosną dostała potajemnie list od chłopców. Pisali w nim, że czują się dobrze, wszystko u nich gra, jak należy, mają świetne przydziały. Michał rozpisał odę pochwalną, na cześć niejakiej Hani Głowackiej, która - jak się wyraził - całkowicie skradła jego szalone serce. " - już sobie wyobrażam ten list. powinno się jeszcze okazać, że Maria ją zna xD

    "- Ja też tęsknię. Ale to jest inna tęsknota, bo widzisz, on zginął. Na froncie wschodnim, miał zaledwie dwadzieścia trzy lata...
    - Przykro mi, Otto - szepnęła, kładąc list na drewnianym blacie biurka.
    - Dajmy temu spokój - odchrząknął, zginając się nad stertą papierów.

    Marysia upiła łyk kawy, nie spuszczając z niego ciekawego wzroku.

    Uciął temat, a szkoda. Chciałam sobie z nim porozmawiać - pomyślała, rysując stalówką na papierze malutki kwiat." - aż chce się Ottusia przytulić... ;)

    "- Już niebawem cię odwiedzą, obiecuję ci to - powiedział, wspierając się dłonią na zimnym blacie dębowego biurka." - Klaudia żąda kolejnej części i pocałunku xD

    "- Przytul mnie - szepnęła, kiedy jej głos się załamał.
    I przytulił ją, niemalże natychmiast. Trzymał tę kruchą kobietę w swoich ramionach, niczym skarb, odnaleziony na bezludnej wyspie. Chciał być przy niej przez długi czas, ale po chwili ze zmieszaniem wyślizgnęła się z czułych objęć.
    - Przepraszam - szepnęła, nerwowo pocierając skroń - Poczułam się gorzej..
    (...)
    Odpowiedziała mu cisza, ale tylko chwilowa, bo zaraz potem zauważył, jak jej wargi mimowolnie drgnęły, a usta wyartykułowały:
    - Nie żałuję." - aaaawww ;3

    "- Niech pani doktor z tym skończy! - wrzasnęła siostra Józefa, tracąc nad sobą kontrolę. (...)To niepoprawne, żeby tak pani doktor się z nim szlajała przy pacjentach. Oni gadają i nie przestaną, dopóki pani nie skończy zadawać się z tym.. Kirchnerem." - po prostu padłam :D Może Józefa by nie powiedziała, że się Maria "szlaja", ale fragment świetny :D

    "- Gdybyś kiedykolwiek miała jakiś problem, coś, co cię gryzie od wewnątrz, porozmawiajmy... - jego głos był spokojny, działał na jej uszy jak balsam.
    - Oczywiście - dudnienie serca i szybsze krążenie krwi." - no, to teraz uprzejmie proszę, by w następnej części porozmawiali ^^

    Weny życzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję serdecznie za komentarz!

    Kontynuacja.. hmm, zastanowię się :D!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest piękne, i chyba tylko tyle mam do napisania.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy