Świstokliki

środa, 28 sierpnia 2013

Raz, dwa, trzy


Raz dwa trzy
widzę ja, widzisz ty
patrzy na nas całe miasto
sercu w sercu jest zbyt ciasno


Umówiłem się z nią na dziewiątą. Tak, jak śpiewają w tej piosence. Pamiętam te nerwowe przygotowania do wyjścia - wybór odpowiedniej koszuli, zawiązania krawatu (i opanowanie drżenia rąk), później tylko wypastowanie budów. Po kwiaty skoczyłem do najbliższej kwiaciarni, należały się jej najpiękniejsze róże, tak długo się nie widzieliśmy. Obmyślałem milion scen tego spotkania, przez moją głowę przesuwały się setki słów, które miałyby wyrazić moją tęsknotę za nią i radość, z powodu tego spotkania. Pomimo tego, że dokładnie ułożyłem cały scenariusz i tak stało się nie po mojej myśli. 
W restauracji Marysi nie było. Czekałem, nerwowo bębniąc palcami, przyciągając zaciekawione spojrzenia ludzi. Zamówiłem wodę, która za niedługo wylądowała na bieluteńkim restauracyjnym obrusie. Zawstydziłem się. Miałem ochotę nawet wybiec, zapomnieć o całym spotkaniu, ale... cóż. Nie miałem jak, bo zaraz po tym, kiedy w mojej głowie zrodziła się ta idiotyczna myśl, z drzwi wyskoczyła Marysia, prując w moją stronę.
To głupie porównanie, ale biegła, jak spłoszona sarna w zarośla. Wyhamowała gwałtownie i przepraszającym tonem rzuciła:
- Przepraszam, Otto. Przepraszam, kochany. Zapomniałam o naszym spotkaniu!
- Nic się nie stało - uspokoiłem ją, odsuwając krzesło - Najważniejsze, że dotarłaś.
Przyćmiewała urodą. Gapiłem się na nią, jak uczeń na najpiękniejszą dziewczynę w klasie. Nawet - tak, jestem głupcem - nie zaproponowałem jej zamówienia czegokolwiek. Po prostu lustrowałem ją wzrokiem, nie lubieżnym, zaznaczę, ale znaczącym. Zaabsorbowała mnie całkowicie.
- Otto, czy wszystko w porządku? - spytała, siląc się na poważną minę. Po twarzy Marysi błąkał się tajemniczy uśmieszek. 
Ludzie już wiedzieli, kogo można bezceremonialnie obserwować, bo jest tego wart - byłem tą osobą ja, idiota, który niezdarnie usiłował wręczyć kobiecie kartę menu. 
- Proszę - powiedziałem.
- Dziękuję - Marysia zagłębiła się w lekturze dań, które oferowała restauracja. Grubo przed tym wypadem poszukiwałem najlepszych warszawskich restauracji z renomą. W końcu natrafiłem na "Kryształową", cieszącą się uznaniem jeszcze w czasie okupacji. 
- Te ceny.. 
- Na nie nie patrz - wyjaśniłem pośpiesznie - Po prostu wybierz to, na co masz ochotę.
- Och, Otto, ale ja naprawdę tu nic nie zjem.. Nie mogę tak po prostu pałaszować sobie dania, które jest tyle warte.
- Nie dasz się namówić? - spytałem ją, posyłając jej błagalne spojrzenie. Zależało mi, by tu zjadła. Chciałem jej zaimponować, że tak, owszem, stać mnie, bo zarabiam. 
- Wyjdźmy na dwór - zaproponowała, wstając od stołu.

Jak sobie życzysz, Marysiu - mruknęłam w myślach, sięgając po marynarkę. 

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

                                                                              *          *        *
Giną sny
raz, dwa, trzy
ślepa ja, ślepy ty
już nie patrzy na nas miasto
w sercu nie jest już za ciasno

Kierujemy się wąską uliczką przed siebie. Marysia wsuwa swoje ramię pod moje i opiera swoją głowę o moją. Idziemy powoli, lekko do siebie przyciśnięci. Na ulicy zapalają się lampy, ludzie pośpiesznie kierują się w stronę domów, a my spacerujemy. Już nikt nie patrzy na nas z zainteresowaniem, każdy zajmuje się sobą i troszczy się o siebie; o to, by dzieci na kolację dostały gorące mleko i by zdążyć na nocne wydanie dziennika. Nas to nie interesuje. My się tym nie zajmujemy.
- Chciałbyś mi coś powiedzieć?
- Nie - odpowiadam z tajemniczym uśmieszkiem - Nie chciałbym.

- O ty draniu! Nawet tego, że mnie kochasz?! - rzuciła  oskarżycielsko, zatrzymując mnie.
- No.. ostatecznie - droczyłem się z nią dalej, uwielbiałem te nasze żartobliwe sprzeczki, one niesamowicie rozluźniały atmosferę.
- A może masz mi coś do.. ofiarowania? -  kusiła dalej. 

Skąd wiedziała, że w kieszeni mam wetknięte maleńkie pudełeczko, z błyszczącym pierścionkiem?! 

Ewidentnie ta kobieta czytała mi w myślach. Wcale nie miałem jej tego za złe. 

                                                                             *      *    *
Kwitną bzy
tańczę ja, tańczysz ty
raz, dwa, trzy..

Zaczynałem się denerwować. Marysia mnie rozgryzła. No bo, po co byłaby ta cała szopka ze spotkaniem, skoro każde z nas miało swoją pracę, cogodzinne obchody w szpitalu? Musiała się tego domyślić. Szeptałem jej słówka konspiracyjnym tonem, dbałem o to, by zbytnio nie przyglądała się mojemu strojowi, bo mogłaby zauważyć malutkie uwypuklenie w kieszeni. Nie mógłbym wybaczyć sobie tej kompromitacji. To miała być niespodzianka. Absolutne zaskoczenie. Niesamowita, spontaniczna radość, a nie sztuczny, zapowiedziany uśmiech.
Po godzinie plątania się warszawskimi uliczkami tak szybko, jak to mi do głowy przyszło, uklęknąłem. Jak wariat, na środku ulicy, nerwowo wyszukałem pudełeczka, otworzyłem go i szepcąc drżącym głosem wypowiedziałem:
- Czy wyjdziesz za mnie?
I ta odpowiedź miała być przy mnie w najgorszych chwilach mojego życia, kiedy mój świat, kawałek po kawałku się walił, kiedy moje problemy zaczynały mnie przytłaczać, a jedyną pociechą była ukochana twarz, tkwiąca nieustannie w sercu mojej duszy. Moja melodia. Moja muzyka.
Marysia wpatrywała się we mnie załzawionymi oczyma, cały czas trzymając otwartą dłoń blisko ust. Nie wierzyła w cały ten spektakl, w związku z tym niczego się nie domyślała. Na to przynajmniej wyglądało. Jej twarz, pulsująca teraz milionem emocji, błyszczała w świetle czerwcowego księżyca. 
- Tak.. - odparła szybko, przytulając się do mnie.
Była blisko mnie, zgodziła się poślubić takiego starego pryka, dlatego nie miałem się czym denerwować. Wygrałem miłość. 


To lepiej niż w totolotka. 


- Zatańczymy? - zapytałem, nie czekając nawet na odpowiedź. Ująłem delikatnie jej drobne dłonie i zacząłem obracać się z ukochaną w okół własnej osi. Muzyka grała nam w sercach, każdemu z nas dobrze znana, przyprawiała o zawroty głowy i porywała w szaleńczy taniec. Nie mam wątpliwości, że byliśmy wtedy najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. Znaczy się pod księżycem, w gwoli ścisłości. 
- Dobrze tańczysz - rzuciła wesoło.
- Nie tak dobrze jak ty - odparłem, przyciskając dłoń do jej talii.

Nic więcej się nie liczyło.

Tańczylibyśmy wtedy tak do rana, ale oboje zaczynaliśmy poranny obchód. Musieliśmy przywitać pacjentów, wyglądając jak trzeba. A ciężko byłoby o taki wygląd, tańcząc szalenie do białego rana, dlatego musieliśmy się rozstać.
- Odprowadzę cię - zaofiarowałem się, jak przystoi na prawdziwego dżentelmena.
- Daj spokój, pójdę sama. Przemyślę jeszcze kilka spraw. Powspominam dzisiejszy dzień.. Dobranoc, Otto.

Pamiętam, że jej perfumy lekko załaskotały mnie w czubek nosa i tak bardzo chciałem poczuć je na jej szyi. Ale ona biegła już w stronę tramwaju, który ze zgrzytem zatrzymał się na przystanku. Wskoczywszy do niego, pomachała w moją stronę. 

Miałem wszystko.

                                                                         *         *       *
Raz, dwa, trzy
jestem ja i nikt
cisza, cisza przypomina
że ty byłaś,
a cię nie ma

Zbudziłem się gwałtownie. Miałem sen i doskonale widziałem go pod powiekami. Ten obraz. W uszach dzwonił mi tramwaj piętnastka, choć leżałem w domu pod grubą kołdrą. Obróciłem się na drugie ramie, by sięgnąć w jej stronę, ale jej już przecież nie było.

Od dziesięciu lat. 

To przyszło tak nagle, spadło na mnie, jak grom z jasnego nieba. Wszystko zaczynało się cudownie układać i wtedy to się stało; tętniak mózgu. Cicha śmierć. Najważniejsze z tego wszystkiego, że jej nie bolało. Moje kochanie nie bardzo cierpiało. I to się liczyło. Dopiero było raz, a już nadeszło trzy. I cholernie bolało, bo aż trzy lata; całe trzy lata rosnącej beznadziei, żadnej szansy na lepsze jutro. Świadomości, że jej koniec, to mój koniec. Całe trzy lata życia, a właściwie nie-życia. Lawirowania, gdzieś pomiędzy bytem, a niebytem. 
Jednak życie nie jest tak okrutne, by męczyć nas do końca swoich dni. Po braku zrozumienia, nadchodzi w końcu akceptacja. Swego rodzaju katharsis. I ja je właśnie osiągnąłem;  w wieku siedemdziesięciu lat.

Ona była i jest cały czas - pomyślałem. 

Nadeszła pora, by zacząć kolejny dzień. 

4 komentarze:

  1. Po prostu... przepięknie.
    Otto cudowny z tą swoją nieporadnością, nieśmiałością ^^
    Ale pochwalę się, wyczułam pismo nosem już przy wyborze róż, jestem jeszcze lepsza od Marii, wiedziałam, że to będą oświadczyny :D

    "- Chciałbyś mi coś powiedzieć?
    - Nie - odpowiadam z tajemniczym uśmieszkiem - Nie chciałbym.
    - O ty draniu! Nawet tego, że mnie kochasz?! - rzuciła oskarżycielsko, zatrzymując mnie.
    - No.. ostatecznie - droczyłem się z nią dalej, uwielbiałem te nasze żartobliwe sprzeczki, one niesamowicie rozluźniały atmosferę.
    - A może masz mi coś do.. ofiarowania? - kusiła dalej.

    Skąd wiedziała, że w kieszeni mam wetknięte maleńkie pudełeczko, z błyszczącym pierścionkiem?!" - świetne :D Powinnaś widzieć mój uśmiech podczas czytania tego fragmentu ;)

    "- Zatańczymy? - zapytałem, nie czekając nawet na odpowiedź. Ująłem delikatnie jej drobne dłonie i zacząłem obracać się z ukochaną w okół własnej osi. Muzyka grała nam w sercach, każdemu z nas dobrze znana, przyprawiała o zawroty głowy i porywała w szaleńczy taniec." - och i ach *.*

    I teraz przejdźmy do momentu, kiedy to znęcasz się nad biedną, nadwrażliwą czytelniczką :P
    Ja uśmiechnięta, zadowolona, bo oświadczyny, bo tak, a nie nie, bo taniec, bo muzyka grała w sercach, bo jestem już kilka metrów nad ziemią, ba, w innej galaktyce... I nagle, tak oto - brutalnie, ściągasz mnie z hukiem na ziemię... ;)
    "Zbudziłem się gwałtownie. Miałem sen i doskonale miałem go pod powiekami. Ten obraz. W uszach dzwonił mi tramwaj piętnastka, choć leżałem w domu pod grubą kołdrą. Obróciłem się na drugie ramie, by sięgnąć w jej stronę, ale jej już przecież nie było.

    Od dziesięciu lat." - musiałam przeczytać fragment kilka razy, żeby ogarnąć to swoją wyobraźnią... I mnie wzruszyłaś. Znowu ;)

    "Najważniejsze z tego wszystkiego, że jej nie bolało. Moje kochanie nie bardzo cierpiało. I to się liczyło. Dopiero było raz, a już nadeszło trzy." - piękne słowa, chociaż mogą doprowadzić do rozstroju nerwowego :P

    Życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję serdecznie za komentarz! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ,,Dziękuję - Marysia zagłębiła się w lekturze dań, które oferowała restauracja. Grubo przed tym wypadem poszukiwałem najlepszych warszawskich restauracji z renomą. W końcu natrafiłem na "Kryształową", cieszącą się uznaniem jeszcze w czasie okupacji.
    - Te ceny..
    - Na nie nie patrz - wyjaśniłem pośpiesznie - Po prostu wybierz to, na co masz ochotę.
    - Och, Otto, ale ja naprawdę tu nic nie zjem.. Nie mogę tak po prostu pałaszować sobie dania, które jest tyle warte.
    - Nie dasz się namówić? - spytałem ją, posyłając jej błagalne spojrzenie. Zależało mi, by tu zjadła. Chciałem jej zaimponować, że tak, owszem, stać mnie, bo zarabiam.
    - Wyjdźmy na dwór - zaproponowała, wstając od stołu.''
    Tu widzę Wandę i Karola w pierwszej serii, ,,ja tutaj nic nie zjem".
    I nie wyobrażam sobie, jak Otto mógłby się pozbierać po śmierci Marysi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz, Magdalenka, z czasem przychodzi taki okres w życiu człowieka, że zaczynamy rozumieć, nawet najtrudniejsze wydarzenia, okoliczności.. Wydaje mi się, że Otto aż do ostatniego tchnienia nie chodziłby struty, płacząc po kątach. Pogodziłby się. Zrozumiał. Przemyślał. To nie jest chyba tak, że człowiek przez całe życie ma w głowie tylko gorycz, z powodu tego, co go dotknęło. Przynajmniej ja tak to widzę ;).

    Dziękuję za komentarz,
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy