Nigdy nie powinnam Ci tego mówić.
Staliśmy przed domem, w pewien zimowy poranek. Mróz ścinał lodowatym uściskiem oboje z nas, przytupywaliśmy nerwowo na oblodzonej ziemi. Patrzyłam mu w oczy, które były teraz pełne pytań, w oczy żądne odpowiedzi.
Jakiejkolwiek.
A ja nie potrafiłam. Po prostu nie potrafiłam powiedzieć mu tego, co tkwiło we mnie od kilku tygodni i nie pozwalało normalnie funkcjonować. Czegoś, co obezwładniało mnie, ilekroć próbowałam o tym myśleć więcej. TO pożerało mnie. Sama świadomość noszenia tej niewygodnej myśli była dla mnie nieprawdopodobnym ciężarem. Ja cierpiałam przez niego, a on cierpiał przeze mnie.
Odchrząknęłam. Nie odruchowo, ale przemyślanie. Ta cisza zabierała mi jego z każdą sekundą. Teraz. Teraz musiałam zawalczyć.
- Jak mam zacząć..?
Najlepiej od początku, idiotko!
- Powiedz cokolwiek - uciął.
Cokolwiek? To może opowiem ci o parku. O tym, że za niedługo przyjdzie wiosna i wszystkie drzewa znajdujące się w alejce rozkwitną soczystą zielenią, niemiłosiernie kującą w oczy. O tym mam mówić? A może jednak powinnam powiedzieć prawdę? Że jest wojna, a ja nie potrafię siedzieć zamknięta pod kluczem, niczym prosie idące do uboju. Dosadnie ujęte, ale prawdziwe.
- Nie chcę dalej gnieść się w jakiejś zatęchłej piwnicy i trząść się z zimna przy knocie świeczki - wyjaśniłam.
- Musisz.
/c.d.n/
Bardzo ładnie, ale bardzo krótko.... ;)
OdpowiedzUsuńNo popatrz, nawet mi się podoba opowiadanie o L&J. :D
Weny zyczę, Autorko. :)